poniedziałek, 9 grudnia 2019

Walery Uwarow - Dziwne konstrukcje



Część I.

Miejscowość, o której będzie mowa, można scharakteryzować jako trudno dostępne błota porośnięte niemalże niedostępną tajgą na obszarze niemalże 100 000 km2 - vide ryc. 1. Krążą o tym terenie ciekawe opowieści o rozmieszczonych na nim metalicznych obiektach nieznanego pochodzenia.

A zatem w celu rzucenia światła na to, co się tam dzieje, postanowiliśmy przybliżyć Czytelnikom dawne legendy, jakie opowiada się o tej krainie. Poza tym udało się ustalić pewne elementy miejscowej paleotoponomiki (nauka zajmująca się znaczeniem dawnych nazw obiektów geograficznych - przyp. tłum.) i one dziwnym sposobem zlały się w jedno z dawnymi legendami. Wszystko wskazuje na to, że legendy i współczesne pogłoski wskazują na konkretne rzeczy i zjawiska.

Dawno temu poprzez Dolinę Śmierci przechodził dawny ewenkijski szlak koczowniczy - od Bodajbo do Annybaru i dalej na wybrzeże. Jeszcze do roku 1936 handlował tam kupiec Sawwinow, a kiedy wycofał się z interesu (zmusiło go do tego NKWD - przyp. tłum.), to mieszkańcy definitywnie porzucili te miejsca.

Na koniec, podstarzały kupiec i jego wnuczka Zina postanowili wyjechać do Sjuldjukaru. Gdzieś tam w rejonie międzyrzecza Chełdju - co oznacza w wolnym przekładzie z ewenkijskiego "Żelazny Dom" - dziadek doprowadził wnuczkę do niewielkiej, przypłaszczonej, czerwonawej kopuły, gdzie za ślimakowatym wejściem w dół pojawiło się wiele metalowych pomieszczeń, w których zanocowali.
Jak zapewniał ja dziadek, nawet w najtęższe mrozy (a bywają tam mrozy do -50oC - przyp. tłum.) jest tam tak ciepło, jak w lecie. Dawniej wśród miejscowych myśliwych byli tacy odważni, którzy nie bali się dłużej odpoczywać i obozować w tych pomieszczeniach. Ale potem zaczynali oni ciężko chorować, a ci, którzy odpoczywali tam kilka razy pod rząd, szybko opuszczali ten padół... Jakuci mówili, że to miejsce jest "ubogie, nawiedzone i oni tam nie chodzą". Na temat lokalizacji tych konstrukcji wiedzieli tylko staruszkowie, którzy od młodości zajmowali się polowaniem i swego czasu często zapuszczali się w te miejsca. Wiedli oni życie koczownicze i wiedzieli o osobliwościach tej miejscowości - gdzie można było bezpiecznie chodzić, a gdzie nie wolno, co było podyktowane życiową koniecznością. Ich potomkowie wiedli już życie osiadłe, i dlatego te informacje z wiekiem zostały utracone. Współcześnie na te miejsca wskazują jedynie ich nazwy i stugębne plotki. A każdy z tych toponimów, to setki czy nawet tysiące kilometrów kwadratowych...





W roku 1936, na brzegach rzeki Ojgułdach (lit. "miejsce z kotłem" - przyp. aut.) pewien geolog idąc za wskazówkami starców, znalazł wystającą spod ziemi gładką, metaliczną półkulę, czerwonawego koloru, o dużej średnicy i ostrą jak brzytwa krawędzią. Grubość jej ścianki wynosiła 2 cm, zaś wychodziła z ziemi na 1/5 swej średnicy. Wjazd do niej był tak wysoki, że człowiek mógł wjechać do jej wnętrza na reniferze (ryc. 2a.). Wykonany przezeń opis wysłano do Jakucka.

W roku 1979, odkrytą przez geologa półkulę usiłowała odnaleźć ekspedycja archeologiczna z Jakucka. Z nią był stary przewodnik, który w młodości widział to "coś" nie jeden raz, ale wedle jego słów, miejsce to bardzo się zmieniło i oni wrócili z niczym. Należy tutaj dodać, że można w tajdze przejść 10 kroków od poszukiwanego obiektu i go nie zauważyć, tak że do dnia dzisiejszego można go znaleźć tylko przez szczęśliwy traf. (To prawda, tajga nie ma niczego wspólnego z europejskimi lasami - to bardziej dżungla, niż las w naszym tego słowa rozumieniu - uwaga tłum.)
Jeszcze w ubiegłym stuleciu, znany badacz Wiluja - R. Maak - odnotował:

W Suntarze (jakuckim osiedlu - przyp. aut.) opowiedziano mi, że w górnym dorzeczu Wiluja znajduje się rzeczka Ałgyj Timirbit' (co w przekładzie na rosyjski oznacza tyle, co "wielki kocioł utonął" - przyp. aut.) wpadająca do Wiluja. Niedaleko od jej brzegu, w lesie, znajduje się gigantyczny kocioł zrobiony z miedzi. Jego wielkość jest nieznana, bowiem nad ziemią widoczna jest jego krawędź, ale rośnie w nim kilka drzew. (1853 r.)

Tenże fakt odnotował także badacz dawnych kultur Jakucji - N. D. Archipow: ... Wśród mieszkańców basenu rzeki Wiluj od dawna istnieje podanie o dziwnych konstrukcjach w górnym biegu tej rzeki, o ogromnych kotłach z brązu - ołgujewach. Podanie to zasługuje na uwagę, także jak i tereny, gdzie znajdują się te mityczne kotły, gdzie płynie kilka rzeczek mających w nazwach słowo "Ołgujdach" - co znaczy "kotłowa".

A oto cytaty z listu, nadesłanego przez jeszcze jednego człowieka, który zwiedził Dolinę Śmierci. Michaił Korieckij z Władywostoku (ryc. 3.) pisze tak:

Byłem tam trzy razy. Po raz pierwszy w 1933 roku, kiedy miałem jeszcze 10 lat, kiedy wraz z ojcem jeździłem tam na zarobek. Potem w 1937 roku - już bez ojca. I ostatni raz w roku 1947 - w składzie grupy młodzieżowej.

Dolina Śmierci ciągnie się wzdłuż prawego dopływu rzeki Wiluj. Faktycznie jest to cała seria dolin rozciągnięta wzdłuż rzeki. We wszystkich razach byłem tam z przewodnikiem - Jakutem. Szliśmy tam nie w celach turystycznych, a z konieczności musieliśmy w tej głuszy leśnej płukać złoto, nie czekając w końcu sezonu na ograbienie i kulę w potylicę...

Co się zaś tyczy tajemniczych obiektów, jest ich tam naprawdę dużo, a to dlatego, że w czasie trzech sezonów widziałem tam siedem takich "kotłów". Wszystkie one wyglądały nadzwyczaj zagadkowo: 1. - rozmiary: od 6 do 10 m średnicy; 2. - zrobione one były z niepojętego metalu. Pan pisał, że one były z miedzi, ale nie sądzę, by to była miedź. Rzecz w tym, że "kotła" nie bierze żadne narzędzie tnące czy skrawające, a próbowałem nieraz. Metal ten nie odłamuje się i nie jest kowalnym. Na miedzi młotek zostawia obowiązkowo ślad uderzenia. A ta "miedź" pokryta jest jeszcze warstewką jakiegoś materiału podobnego do szmergla. Nie jest to warstwa pasywacyjna tlenku tego metalu - tego nie można ani odkuć ani odciąć.
Nie natknęliśmy się na studnie z pomieszczeniami uchodzącymi w głąb ziemi - vide ryc. 2b, ale stwierdziłem, że roślinność wokół tych "kotłów" jest nienaturalna. Zupełnie niepodobna do roślin, które porastały dookoła nas. Była bardziej bujna: ogromnolistne łopuchy, długie a nawet bardzo długie łoziny, dziwna trawa - 1,5 - 2 razy wyższa od człowieka. W jednym z kotłów wypoczywaliśmy całą sześcioosobową grupą. Nie odczuwaliśmy niczego złego i wyszliśmy stamtąd bez jakichkolwiek złych następstw. Nikt po tym poważnie nie zachorował. Ale jednemu z moich znajomych w ciągu miesiąca wypadły wszystkie włosy. A u mnie po lewej stronie głowy - na której spałem - pojawiły się trzy małe wrzody, o rozmiarach główki zapałki każdy. Leczyłem je potem przez całe życie, ale one nie zagoiły się do dziś dnia...

Wszystkie nasze próby odłamania chociażby kawałka tajemniczego metalu z "kotła" spełzły na niczym. Jedno co mi się udało stamtąd wynieść, to kamień. Ale nie taki zwyczajny - to była połowa idealnej kuli o średnicy 6 cm. Był on koloru czarnego i nie nosił jakichkolwiek widocznych śladów obróbki, ale był bardzo gładki - jakby wypolerowany. Podniosłem go z ziemi wewnątrz jednego z tych "kotłów". Ten jakucki suwenir przywiozłem ze sobą do wsi Samarki (Rejon Czugujewski, Primorskij Kraj), gdzie mieszkali moi rodzice w 1933 roku. Leżał sobie gdzieś do czasu, kiedy babcia zdecydowała się na remont domu. Trzeba było wstawiać szyby do okien, a diamentu do cięcia szkła nie było w całej wsi. Spróbowałem zatem ciąć szkło krawędzią tej kamiennej półkuli - okazało się, że ów kamień tnie szkło z zadziwiającą lekkością, więc potem moim kamieniem jak diamentem posługiwali się wszyscy moi krewni i znajomi. W 1937 roku dałem ów kamień dziadkowi, którego jesienią aresztowali i wywieźli do Magadanu, gdzie bez sądu i wyroku przebywał do 1968 roku i tamże zmarł. Teraz nikt nie wie, co się dzieje z moim kamieniem...

W swym liście Michaił Korieckij podkreśla, że w 1933 roku jakucki przewodnik mówił mu, że 5-10 lat temu znalazł on kilka "kulistych kotłów" (były one absolutnie kuliste), które wysoko (wyżej od człowieka) wystawały z ziemi. Wyglądały na zupełnie nowe. A potem myśliwy ów widział je rozbitymi i porozrzucanymi po okolicy.

Korieckij stwierdza, że był dwukrotnie w jednym "kotle", i że z biegiem lat ów "kocioł" zagłębił się coraz bardziej w ziemię. (A raczej w wieczną zmarzlinę, która tam występuje - przyp. tłum.)

Badacze z miasta Mirnyj - A. Gutieniew i J. Michajłowskij oświadczyli, że 1971 roku pewien stary ewenkijski myśliwy opowiedział im o tym, że w rejonie międzyrzecza Njurgun Bootur (co oznacza dosł. "Ognisty Bohater" - przyp. aut.) i Ataradak (lit.: "Miejsce z Trzygranną Ostrogą" - przyp. aut.) wystaje z ziemi to, co nadało nazwę całej tej miejscowości - "Bardzo Wielka Trójgranna Żelazna Ostroga" - vide ryc. 4. Natomiast na międzyrzeczu Cheljugir (dosł.: "Żelaźni Ludzie" - przyp. aut.) znajduje się żelazna nora w której leżą chudzi, czarni i jednoocy ludzie w żelaznych pancerzach. Powiedział też, że może przyprowadzić tam ludzi, bowiem jest to zupełnie niedaleko, ale nikt mu nie uwierzył. Niestety, już nie ma go wśród żywych...
Jeszcze jeden z ciekawych obiektów został utracony przy budowie zapory na Wiluju (Wilujska Elektrownia Wodna - WEW - zob. ryc. 5), niedaleko od miasta Erbije. Według opowiadania budowniczego WEW, kiedy otwierali kanał odwadniający i osuszyli dno zbiornika, to znaleźli pod nim wypukłą metalową ścianę czy płaszczyznę - lekko wypukłą. Plan się walił, terminy goniły i kierownictwo budowy WEW zdecydowało się nie zawracać sobie głowy naukowymi mrzonkami i kontynuować roboty.

Istnieje o wiele więcej opowiadań ludzi, którzy natknęli się na podobne konstrukcje, ale umiejscowić je w terenie jest niesłychanie trudno. (To jest zrozumiałe, bowiem w czasach ZSRR nie posługiwano się urządzeniami GPS, które byłyby w stanie podać długość i szerokość geograficzną danej miejscowości z dokładnością do kilku tysięcznych stopnia, co przekłada się w terenie do 6-10 m - uwaga tłum.)
Pewnego razu staruszkowie opowiedzieli, że przez uroczysko Tong Duuraj przepływa strumień Ottoamoch, (co znaczy dosłownie "Dziury w Ziemi" - przyp. aut.), i że tam znajduje się otwór do niewiarygodnych głębin jaskinnych, które nazywają tam "Rechocącymi bezdniami". Taka właśnie nazwa figuruje w legendach, gdzie mówi się, że zamieszkuje tam ogniowy smok, który spala wszystko dookoła. Dokładnie co każde 6-7 stuleci stamtąd wyrywał się w niebo cudowny "cudowny bolid", który odlatywał gdzieś w siną dal i - sądząc po kronikach innych narodów Syberii - wybuchał tam, albo wybuch następował nad miejscem wylotu, w wyniku czego miejscowość ta w promieniu setek kilometrów od epicentrum eksplozji zmieniała się w wypaloną pustynię z rozdrobnionymi jej energią skałami... (Prawdę powiedziawszy dziwnie kojarzy się to z wydarzeniami na Syberii, które miały miejsce w dniu 30 czerwca 1908 roku - chodzi o eksplozję/czy tylko jedną???/Tunguskiego Ciała Kosmicznego. Czyżby więc eksplodował taki "cudowny bolid" np. wskutek zderzenia z asteroidą, która prawie miała uderzyć w Ziemię??? - uwaga tłum.).

Jakuckie legendy zawierają wiele wzmianek o tajemniczych wybuchach, ognistych słupach i wzlotach ognistych kul - patrz ryc. 6 i 7. Wszystkie te zjawiska są związane w zagadkowy sposób z tajemniczymi metalowymi strukturami, spotykanymi w Dolinie Śmierci. (W roku 2001 odwiedził mnie w Jordanowie jakucki Polonus - pan Antoni Bonawentura Cywiński z Mirnego, którego żona - rdzenna Ewenkijka opowiadała mu m.in. o tajemniczych eksplozjach i zjawiskach świetlnych, które tamtejsza jakucka ludność obserwowała nad terenami dorzecza Wiluja w latach 60. XX wieku, jednakże wiązali oni te zjawiska bardziej z istnieniem tam wojskowego poligonu atomowego i przeprowadzanymi tam testami jądrowymi oraz z istniejącym tam zrzutowiskiem boosterów rakiet wystrzeliwanych z wojskowego kosmodromu Radzieckich/Rosyjskich/Wojsk Kosmicznych w Pliesiecku k./Archangielska, niż z tajemniczymi "kotłami". Rzecz ciekawa - pan Cywiński postanowił zasięgnąć na ten temat języka wśród Jakutów i nie odezwał się do nas już więcej. Czyżby z powodu "uciszenia" go przez rosyjską FSB, bo się dowiedział za dużo? - uwaga tłum.) Jedne z nich to są ogromne, okrągłe "żelazne domy", które stoją na wielu bocznych oporach - vide ryc. 8. Nie mają ani okien ani drzwi - jedynie na wierzchołku kopuły znajduje się "przestronny właz". Niektóre z nich już całkiem pogrążyły się w wieczną marzłoć, a na powierzchni pozostały tylko właśnie te wypukłości w formie kopułek - vide ryc. 9.

Naoczni świadkowie nie znający się nawzajem, opisują detalicznie tak samo "grzmiący żelazny dom na wspornikach" we wszystkich szczegółach.

Inne obiekty - rozrzucone po całym obszarze metalowe daszki-półkule (vide ryc. 2.), przykrywają nie wiadomo właściwie, - co. No, ale jakuckie legendy mówią o tym, że lśniące latające kule pochłania "miotająca dym i ogień paszcza" z "kłapiącym stalowym daszkiem".

Właśnie stąd wylatują także ogniste obiekty, których działanie wedle opisów, podobne jest do współczesnych wybuchów jądrowych. Tak zatem w czasie stulecia, do każdego wybuchu czy serii wybuchów, z "żelaznej paszczy" wylatywała szybko lecąca w powietrzu ogniowa kula i nie wytwarzając większych efektów leciała w górę w kształcie cienkiego ognistego słupa. Na jego wierzchołku tworzyła się następnie duża ognista kula. Rozlegały się cztery potężne grzmoty - raz za razem, pod rząd, wspinała się ona na jeszcze wyższy pułap i odlatywała, pozostawiając za sobą długi ognisto-dymowy ślad. A potem z daleka dochodziła kanonada potężnych wybuchów... W latach 50. tym praktycznie bezludnym terytorium, a raczej jego północną częścią, zainteresowali się wojskowi, którzy wykonali tam serię testów jądrowych eksplozji. Jednemu z nich towarzyszyły osobliwe okoliczności. Zagraniczni eksperci do dziś dnia nie potrafią zrozumieć tego, co tam się stało. Jak we wrześniu 1990 roku oznajmiła to niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, w roku 1954 przeprowadzono test urządzenia jądrowego o mocy 10 kt TNT. Z nieznanych przyczyn parametry wybuchu były o 2-3 tys. razy wyższe, niż zakładane, tzn. eksplozja ta miała moc 20-30 Mt, co zarejestrowały wszystkie stacje sejsmiczne świata. Przyczyna tego dziwnego wzmocnienia energii wybuchu pozostaje wciąż niejasna. Agencja TASS opublikowała oświadczenie, że w trybie alarmowym wypróbowano kompaktową głowicę wodorową, ale jak pokazał czas, "wyjaśnienie" to nie odpowiadało rzeczywistości.

Podczas tych eksperymentów, na tym terenie istniały strefy zakazane. Tajne prace trwały kilka lat.


Część II.

Spróbujmy zajrzeć w daleką Przeszłość, którą opisano w materiale epickim tutejszych mieszkańców.

Jak twierdzą przekazywane z ust do ust legendy, w tych dawnych czasach, kiedy się wszystko zaczynało, teren ten zasiedlali nieliczni koczownicy - Tunguzi. Pewnego razu ich odlegli sąsiedzi ujrzeli, jak naraz okutała ich nieprzenikniona mgła i okolicą wstrząsnął niesamowity huk. Rozpętał się niesamowicie silny huragan, a ziemią straszliwie zatrzęsło. Błyskawice i pioruny siekły niebo we wszystkich kierunkach. Kiedy wszystko ucichło i mgła się rozwiała, przed ich przerażonymi oczami rozpostarł się taki obraz: oto pośrodku wyniesionej ku górze ziemi stało lśniąca w słońcu jakaś konstrukcja, która była widoczna w promieniu wielu dni drogi od niej...

W ciągu następnych chwil urządzenie to emitowało nieprzyjemne, dręczące słuch hałas i powoli, stopniowo zmniejszało swą wysokość, póki nie znikło całkowicie pod ziemią. Na miejscu jego pogrążenia się w ziemi ziała ogromna "paszcza". Według opisów podanych w legendach, składała się ona z trzech "gardzieli" "rechocących bezdni". W jej jądrze znajdowała się ponoć wspaniała, podziemna kraina ze swym własnym "wyszczerbionym" słońcem. (Motyw ten wykorzystał m.in. radziecki pisarz-fantasta Władimir Afanasjewicz Obruczew /1863-1956/ w powieści "Plutonia" oraz Amerykanin - Edgar Rice Borroughs /1875-1950/ twórca Tarzana w opowieściach o Pellucidarze - przyp. tłum.) Z otworu dolatywał duszący fetor i dlatego w jego pobliżu nikt się nie osiedlał. (Podobny motyw został potem wykorzystany przez amerykańskich pisarzy: Howarda Phillipsa Lovecrafta (1890-1936) i Roberta E. Howarda (1906-1936) w ich opowiadaniach grozy i heroic fantasy - uwaga tłum.) Z pobliża otworu w ziemi widać było, jak nad jego wylotem od czasu do czasu pokazuje się "obracająca się wyspa", która okazywała się być klapą zasłaniającą ten otwór. Kto z ciekawości zapuścił się na to terytorium, już nigdy nie wracał...

Minęły całe stulecia. Życie toczyło się dalej swym torem... Nic nie zwiastowało jakichś wydarzeń, ale kiedyś doszło do niewielkiego trzęsienia ziemi i po niebie przeleciała cienka "ognista trąba powietrzna". Na jej wierzchołku pojawiła się oślepiająco jasna kula ognista. Kula ta przeleciała "grzmiąc czterokrotnie pod rząd" po poziomej trasie lotu, pozostawiła za sobą ognisty ślad, poleciała w stronę ziemi i zniknąwszy za horyzontem eksplodowała. Koczownicy byli niespokojni, czy ten "demon" nie uczyni im jakichś szkód, ale okazało się, ze eksplodował on nad sąsiednim plemieniem. W ciągu kilku dziesięcioleci historia się powtórzyła: "ognista kula" poleciała w tym samym kierunku i zniszczyła sąsiadów. Widząc, że ten "demon" jest jakby ich obrońcą, zaczęły o nim powstawać legendy i nazwano go Njurgun Bootur (Bator, Batur, Batyr, Baatar - w różnych językach Azji Centralnej - przyp. tłum.) - Ogniowy Bohater.
No, ale pewnego razu zdarzyło się coś, co przeraziło nawet najodleglejsze krainy... Z otchłani, z ogłuszającym hukiem i łomotem, wystrzelił ogromny ognisty bolid i... eksplodował wprost nad nią. Ziemia zatrzęsła się w straszliwym terremoto. Niektóre sopki (stożki wulkaniczne - przyp. tłum.) poprzecinały szczeliny o głębokości ponad 100 m. Po wybuchu długo jeszcze pluskało tam "morze ognia", nad którym parowała dysko  kształtna "obracająca się wyspa". Następstwa eksplozji poraziły tereny w promieniu co najmniej 1.000 km. Ocalałe plemiona rozbiegły się we wszystkie strony świata, byle jak najdalej od miejsca zagłady, ale i to nie uchroniło ich przed śmiercią. Wszyscy oni wymarli od jakiejś dziwnej choroby, która się przenosiła dziedzicznie. Za to zostawili oni po sobie dokładne opisy tych wydarzeń, na podstawie których pieśniarze - ołonchouci - zaczęli układać piękne i niezwykle tragiczne legendy.
Upłynęło mniej więcej 600 lat i wiele zmieniło się pokoleń koczowników. Zapomniano o losach poprzedników i miejsca te zostały ponownie zasiedlone. I... i wszystko się powtórzyło. Nad ognistym samumem pojawiła się świecąca, ognista kula Njurgun Bootura i znów poleciała za horyzont, gdzie eksplodowała. Po kilkudziesięciu latach w niebo wzleciał kolejny bolid - tym razem nazywał się Kjun Erbije (dosł.: "świecący powietrzny posłaniec" lub "goniec" - przyp. aut.). Potem znowu nastąpił potworny wybuch, także "uczłowieczony" przez legendy. Otrzymał on imię Uot Usumu Tong Duuraj - co można przetłumaczyć jako "wrogi przybysz, którzy przedziurawił ziemię i ukrył się w jej głębinie niszcząc wszystko dookoła ognistym tornadem". Było to wyzwanie do bitwy dwóch antagonistów - Tong Duuraja z Njurgunem Booturem.
Najważniejszym elementem tych legend był wylot z podziemi Tong Duuraja i jego bitwa z Njurgunem Booturem. A to było tak: najpierw z gardzieli wyrwało się w niebo wężopodobne ogniste tornado, na którego szczycie pojawiała się "ogromna kula ognista", która po kilku uderzeniach pioruna wzlatywała wysoko w niebo. Wraz z nią wylatywała jej świta - "rój czerwonych ognistych trąb powietrznych", które wywoływały panikę w całym kraju.

Ale bywały także i zdarzenia, kiedy Tong Duuraj spotykał się z Njurgunem Booturem nad miejscem jego wylotu. Po czymś takim te ziemie pozostawały długo niezamieszkałe!...


Obraz wydarzeń z grubsza wyglądał tak: z "paszczy" mogło wylatywać kilku "ognistych bohaterów" i po przelocie jakiegoś dystansu eksplodowało nad jednym miejscem. Cos takiego zdarzyło się przy wylocie Tong Duuraja. Badania warstw gleb na tym terenie wskazują na to, że wybuchy te następują co każde 600-700 lat. Legendy te jaskrawo odzwierciedlają te wydarzenia, ale brak pisma nie pozwolił na zarejestrowanie i udokumentowanie ich. Jednakże ten problem został zlikwidowany dzięki zapisom historycznym prowadzonym przez inne narody Azji.

Wiał wiatr o takiej sile, że przeciwko niemu nie mogła lecieć strzała wypuszczona z łuku.

Fakt ten był błogosławionym dla ruskich wojsk wielkiego księcia włodzimierskiego Dymitra Dońskiego, które mogły uderzyć na Tatarów i roznieść ich na puch w walnej bitwie.

Jeszcze bardziej dokładnie opisują ten wybuch legendy Tunguzów. Sądząc po opisach w nich zawartych można przypuścić, że jest to jeszcze coś wiele razy gorszego od współczesnej broni jądrowej i termojądrowej.

Jeżeli wziąć za punkt odniesienia rok 1380 i zagłębić się w przeszłość, to można odnotować takie momenty. I tak np. w roku 830 została zniszczona indiańska kultura Majów (autorowi chodzi o upadek tzw. Starego Imperium w IX w n.e. - uwaga tłum.) zasiedlających półwysep Jukatan w Meksyku. Wiele ich miast zostało zniszczonych jakby jednoczesnym, potężnym uderzeniem. Z jakuckimi legendami są zgodne niektóre podania biblijne: podanie o Siedmiu Plagach Egipskich czy zagłada Sodomy i Gomory. W jednej z dzisiejszych oaz na Pustyni Arabskiej zostało przed wiekami zniszczone i kompletnie spopielone starodawne miasto. Według legend, stało się to po eksplozji ognistej kuli, która naraz pojawiła się na niebie. W indyjskim miasteczku Mohendżo-daro archeolodzy odkryli zburzone miasto. Ślady katastrofy (stopiona kamienna ściwskazują na wybuch, porównywalny z eksplozją głowicy nuklearnej.


Podobne wydarzenia opisano w chińskich kronikach z XIV wieku, w których znajdują się wzmianki o tym, że daleko na północy (Chińczycy nazywają te strony "Krainą Diabła" - przyp. tłum.) nad horyzontem pojawiła się i zakryła widnokrąg ogromna czarna chmura, z której leciały duże kamienne bryły. Kamienie z nieba sypały się także na Skandynawię i Niemcy, gdzie zapaliło się kilka miast. Uczeni stwierdzili, że były to zwyczajne kamienie i doszli do wniosku, że gdzieś nastąpiła erupcja wulkaniczna.

Być może, że przyczyną tych nieszczęść był Tong Duuraj wylatujący z "gardzieli" w ciągu wielu wieków? Jeżeli Njurgyn Bootur swym pojawieniem się zapalał pół nieba, to Tong Duuraj znacznie przewyższał go swymi rozmiarami i - odlatując w górę - literalnie znikał z widoku. Zaznaczmy jeszcze, iż w Dolinie Śmierci odnotowuje się podwyższone promieniowanie tła Ziemi, którego to zjawiska specjaliści nie są w stanie wytłumaczyć.





Tłumaczenie raportu z języka rosyjskiego oraz przypisy: Robert Leśniakiewicz
Tekst zapożyczony ze strony www.ufoinfo.pl

sobota, 7 grudnia 2019

Warszawa schodzi na psy , a Wietnamczyk dostał kota ....

BĘDĄ ROBIĆ GULASZ Z PSIEGO MIĘSA


W kwietniu w Warszawie ma ruszyć pierwszy lokal, w którym będzie można zjeść psinę, czyli psie mięso. Lokal chce otworzyć urodzony w Polsce Wietnamczyk, który o swoich planach informuje na portalu MY21.pl. Na pomysł otwarcia lokalu z psim mięsem wpadł, kiedy dowiedział się, że w Celestynowie, będącym w powiecie otwockim, zamykane jest schronisko dla zwierząt. – „Co zrobić z 600 psami? To było jak uderzenie w głowę. Przypomniały mi się sceny z wakacji, kiedy w lesie nieraz uciekaliśmy przed watahą zdziczałych, bezdomnych psów. Jest problem. Spotkałem się z dwoma kolegami, obgadaliśmy pomysł, kupiliśmy mieszkanie w apartamentowcu, wyposażyliśmy je, a teraz zamawiamy dostawy produktów. Na dodatek jeszcze ta sprawa z innego miasta, gdzie rada wydała zgodę na uśmiercenie chyba blisko 400 psiaków. Pomyślałem sobie, że gdyby były ubojnie…”– opowiada pomysłodawca upiornego przedsięwzięcia Jakub Pham na stronie MY21.pl.



Jakub Pham twierdzi także, że polskie prawo zakazuje znęcania się nad psami, ale nie zakazuje zabijania ich w celach konsumpcyjnych. Dziennikarz portalu MY21.pl zapytał go, czy miał kiedyś psa... nie na talerzu. – „Miałem i mam. Teraz nawet dwa. Kundelki. Wziąłem je ze schroniska. Na obiad. Czasem tak robimy. I polubiłem je. Zamiast do garnka trafiły do wspólnego kojca –” opowiada Wietnamczyk.

A co, jeśli Wietnamczyk ma akurat ochotę na ulubiony gulasz z mięsa psa, czy przychodzi mu do głowy pomysł, by je zjeść? – Nie – odpowiada. – „W zamrażalce mam pisnę. Nie znaczy to, że jemy psinę na okrągło. Nie. Tak samo jak w polskich domach nikt na okrągło nie jej schabowych, czy zrazów. Po prostu jest w domu i czeka na swoją kolei. ”Jakub Pham zdradził także, że w jego lokalu będzie można zjeść wszystkie inne przysmaki Azji. Poza pisną, będzie także kocina. – „W Wietnamie dania z kotów są bardzo popularne ”– dodaje Jakub.

Na wieść o tym, że w Polsce ma powstać lokal z psiną, miłośnicy zwierząt biją na alarm. „Nie można dopuścić, aby ten barbarzyński zwyczaj zagościł w Polsce. Wszystkie fundacje chroniące zwierzęta zrobią wszystko, aby zamknąć lokal, a nawet nie dopuścić do jego otwarcia” – czytamy na stronie internetowej fundacji ViVA Puławy.

(..  pies przyjacielem człowieka  - jak to brzmi dumnie, aż można go schrupać... zdałoby się powiedzieć ale jak widać ten powyższy artykuł opublikowany na stronie Faktów temu zaprzecza. Osobiście nie posiadam psa ani kota choć lubię te zwierzaki oczywiście nie w kulinarnym odczuciu i uważam to moje zdanie ,że ich miejsce nie pełni swego obowiązku na talerzu . Pewnie inni zaraz przytoczą swoje zdanie w sensie odczucia co do innych zwierząt jakimi są: świnia, krowa, owca i wiele innych , które się zabija i są podawane na naszych stołach , a też nie powinno się tego robić z racji powyższego tematu pewnie.    - Więc zachodzi kolokwialne pytanie czy warto mieszać i do jakiego stopnia zapędy kulturowe w celu wymieszania ich ??  Czy ma to sens ...  bo równie dobrze w tym odosobnionym przypadku mogą się dopominać o swoje racje ludożercy , a co ..???  

piątek, 29 listopada 2019

"zbożowe kręgi" wycina sam diabeł. Wylatowo , ORBS , UFO



Kiedy latem 2000 roku na polach Wylatowa pojawiły się tajemnicze kręgi w zbożu, natychmiast zjechali tam wszelkiej maści badacze zjawisk paranormalnych. Trudno ukryć, że działo się tam coś, co wyraźnie przeczy zdrowemu rozsądkowi. W opowieściach świadków pojawiały się opisy dziwnych zjawisk: krążące szybko świetliste kule, gasnące i rozbłyskujące niczym noworoczne fajerwerki.
100_1440 mini

Inni wspominali o dziwnej mgle oblepiającej okolicę pola i paraliżującej znajdujące się w jej zasięgu osoby. Świadkowie opisywali ogarniające ich uczucie nie dającego się wyjaśnić strachu. Wielu ciągle twierdzi, że do końca życia nie zapomni tego, co ich spotkało.

 Namacalnym dowodem istnienia w tym miejscu "czegoś" są tajemnicze znaki w zbożu. Badacze niewyjaśnionego twierdzą, że są dziełem kosmitów. Na średniowiecznych rycinach natomiast "zbożowe kręgi" wycina sam diabeł.
ufo (3)

Mogłoby się wydawać, że w dobie internetu, wszechobecnej techniki i podboju kosmosu wiara w strachy i uroki jest już tylko reliktem dawno minionej epoki. Wystarczy jednak, że zapada noc i, w sprzyjających "okolicznościach przyrody", zaczynamy odczuwać niepokój. Przyjazny dotąd świat jawi nam się niczym sceneria z horroru. Stajemy oko w oko z niewyjaśnionym. W Polsce jest wiele miejsc, w których dziwne rzeczy zdarzają się wyjątkowo często...


.. tak  na marginesie - korzystając z okazji pozwolę sobie przytoczyć fragment i linki do opowiadania, publikacji już wcześniej opisanej prze zemnie, a dotyczącej właśnie tego terenu .. Wylatowa i okolic 


powiązane tematy
Poniżej jest urywek mojego opowiadania z użyciem dostępnych mi relacji środowiskowych z terenu na których dochodziło do wspomnianych zjawisk lecz jak to bywa z opowieściami są trochę sfabularyzowane choć sam wątek kogoś takiego jak Leon i Johan  nie ... 

JOHAN – LEON i ŻEGLARZ 1966.
- A teraz – kontynuował Johan – opowiem ci od czego się zaczęła moja przygoda z tym fenomenem . Było to późną jesienią , był 1966 rok, miałem jakieś 20 lat. Na dworze było szaro i ponuro w takiej mieścinie jak Janikowo nie było wiele do roboty więc ludzie spotykali się w knajpie przy piwie, rolnicy i robotnicy z pobliskiej cukrowni jak i z Zakładów Sodowych oraz amatorzy połowu ryb – jak sam dobrze wiesz w jeziorku pakoskim były zawsze niezłe okazy do złowienia – Janikowo z tego słynęło …

W tym momencie zadumał się Johan bo widziałem jak ciężko jest mu mówić o starych lecz dobrych czasach , gdzie nie było pośpiechu i zmartwień o ile sam ktoś sobie nie przysporzył. Choć bieda hulała dzięki chorej polityce i sąsiadowi ze wschodu to jednak życie było bardziej proste i mniej skomplikowane od dzisiejszej wyniszczającej społeczeństwa gonitwy za dobrobytem.


- Więc poszedłem do „ŻEGLARZA” tak się nazywała wspomniana knajpka położona nie opodal dworca kolejowego , a właściwie będąca w jego sąsiedztwie. Ten zapach dymu pochodzący z kominów parowozów pamiętam do dzisiaj, zawsze tamte czasy wspominam z łezką w oku.

Razem ze mną byli moi koledzy Piotr i Tomek , zawsze włóczyliśmy się w trójkę. Wchodząc do lokalu pokonując parę schodków, jeden z nas zawsze biegł na lewą stronę ,gdzie mieścił się bar , a przy nim jak zawsze kolejka przeważnie po piwo, pozostali szukali miejsca w jednej z dwóch sal. Pierwsza sala mieściła się w pomieszczeniu, gdzie był bar, miała kształt litery L. Druga sala mniejsza mieściła się naprzeciwko baru , a w niej było rozstawionych 6 stolików i przeznaczona była dla gości spożywających posiłki w porze obiadowej lecz po tym czasie można było ją wykorzystać w innym celu i tam właśnie znaleźliśmy miejsce. W Żeglarzu były zawsze tłumy , a miejsca nie za dużo.

No w końcu zasiedliśmy , dwa łyki piwa i można było przystąpić do rozmowy , gadało się o różnych pierdołach, ale i też słuchało mimowolnie co mówią inni – zawsze jakieś nowe wiadomości się usłyszało.

Właśnie było tak i tym razem, tego nie zapomnę. Cedziliśmy spokojnie piwo podane w tradycyjnych kuflach, kiedy mężczyzna wyglądający tak na oko 50-tki może 55-ciu lat siedzący przy stoliku ze swoimi kompanami, zaczął opowiadać o rzeczach nie z tej bajki . Faktem jest ,a widać było po nim jak i po jego kumplach ,że mają troszeczkę dziabnięte lecz to nie miało żadnego wpływu na to o czym opowiadał jeden z nich.

Z tego co zrozumiałem wtedy facet mówił o jasnych świecących kulach wylatujących z ziemi w okolicy miejsca , gdzie mieszka. Kiedy to usłyszeliśmy cała nasza trójka zamilkła i zaczęliśmy nasłuchiwać tego co dalej mówił nieznajomy.


„… widziałem to na własne oczy – kontynuuje te kule są wielkości piłek do gry na boisku choć niektóre wydają się mniejsze, a niektóre większe. Te światła wtedy latają tak jakby czegoś szukały. Jak widzę je patrząc przez okno to strach mnie ogarnia , wyczuwam niepokój , ale kiedyś poszedłem na pole pod wieczór – nie spodziewałem się tego , a nawet mi przez głowę nie przeszło co może się przydarzyć . „

… idę tak sobie , aż tu na raz wylatuje taka rozświetlona mglista kula tuż przed nosem , poleciała w górę i się zatrzymała bez ruchu, a potem jeszcze dwie następne. Poczułem zdrętwienie w kończynach, chciałem stamtąd uciec , ale nie mogłem coś mnie trzymało jak psa na łańcuchu. Poczułem zimny pot na plecach, ruszyć się nie mogłem ani nawet zająknąć

– Nie wiem co się stało . Po chwili kula ta, która poleciała wyżej zatrzymała się przede mną zaczęła wirować w poziomie i poczułem coś jakby mowę – mowę jak za światów ,że mam odejść z tego miejsca jak najszybciej to było mojej głowie , a może to strach …?

Ludzie.. kontynuował nieznajomy , ja się prawie posrałem w gacie. Dwie inne kule latały dalej , ale dookoła nas w sposób dość chaotyczny .

… po chwili , ale nie wiem ile czasu to zajęło , straciłem rachubę

- spod ziemi wyleciała ogromna kula wielkości domu ,podobna do tych mniejszych tylko jakby spłaszczona , na początku powoli , później wyglądała tak jakby się obracała i z dziwnym brzęczeniem pomknęła w powietrze. Obiekt wznosząc się ku niebu tracił swą mglistą powłokę przeobrażając się w nicość.

– kiedy opuściłem głowę nie było już niczego nawet dziurki w ziemi, ale tam coś jest cały czas – mówił . To spowodowało ,że uciekłem tu do Janikowa i wolę mieszkać w hotelu robotniczym niż tam.

- Kiedy to usłyszałem , ciarki przeszły mi po plecach, ale to spowodowało ,że postanowiłem zająć się tym zagadnieniem na dłużej i tak siedzę w tym do dnia dzisiejszego.

Romek i Arek postanowili iść już do domu był już wieczór może godzina 21.00 pożegnaliśmy się tradycyjnym uściskiem dłoni na odchodne.

Postanowiłem zaczekać ,aż ów człowiek będzie opuszczał lokal wtedy chciałem go namówić jeszcze na małą pogawędkę , a że knajpa była czynna tylko do 22.00 w tamtych czasach tak lokale funkcjonowały, a mi godzina różnicy mi nie robiła.

Było tak jak pomyślałem za kwadrans dziesiąta facet szykował się do wyjścia, postanowiłem iść za nim , jak już wyszedł na zewnątrz podszedłem do niego przedstawiłem się i powiedziałem ,że słyszałem jego opowieść tą sprzed godziny i jestem bardzo zainteresowany tym co jeszcze tam się wydarzyło.

Popatrzył podejrzliwie na mnie i rzekł :

- „wy wszyscy słuchacie tego co mówię bo to ciekawe , ale i tak na końcu śmiejecie się i na głupca wychodzę”

Nie. Odparłem stanowczo.

– jestem poważnie zainteresowany i chce porozmawiać jeszcze o tym co tam się wydarzyło . Popatrzył raz jeszcze na mnie , zastanawiając się jakiś czas po czym rzucił cicho:

- a „raz kozie śmierć” mam na imię Leon

- To był mój pierwszy „kontakt”.

Poszliśmy w kierunku mostu wzdłuż alei kasztanowej oddzielającej ulicę od nasypu za którym były tory kolejowe i kiedy już upewniłem się , że nikt nam nie będzie przeszkadzał w konwersacji.

Pierwsze pytanie jakie padło to z jakiej miejscowości pochodzi i gdzie takie anomalia występują ?

... Boję się o tym mówić z nieznajomymi odparł cicho Leon , miejscowi uznali mnie za wariata – to boli , ale daje sobie radę inni zawsze będą szukać dziury w całym. Zrozumiałem w tym jednym zdaniu , że facet wie co mówi i na pewno nie jest takim idiotą jakiego robią z niego ludzie , ale dalszy brak wiedzy na ten temat nie dawał mi spokoju więc ciągnąłem dalej

– no to Leon , gdzie ty w końcu mieszkasz?
- Wiesz , gdzie jest Wylatowo?
- Wiem odparłem ,choć jeszcze tam nie byłem.

Dla pewności zapytałem - to ta wieś koło Mogilna tak?

… Tak odpowiedział Leon , tam też mamy takie fajne jezioro jak tu w Janikowie tylko co z tego jak jeden Bóg raczy wiedzieć co w ziemi siedzi.

To jakieś 20 km stąd , ale gdybyś przyszedł do mnie , tam na miejscu na pewno nie gadał bym z tobą ani przez chwilę. Tutaj czuję większą swobodę.

I dzięki ci za to – pomyślałem. Wiesz Leon ty mi opowiadaj o tym co wiesz co tam zaszło , a ja będę słuchał i tylko co jakiś czas jak czegoś nie zrozumiem to zadam ci pytanie

– Dobrze?

- Dobrze niech tak będzie -odparł Leon . To co słyszałeś to jest prawda, ale takie rzeczy działy się już wcześniej , wiem to od mojej już nieżyjącej matki. Były to czasy powojenne – ludzie byli zajęci zupełnie innymi sprawami i nie dostrzegali zjawisk , które nie miały dla nich większego znaczenia. Wylatowo to tylko jedna mała wieś zaś teren na , którym dochodziło i dochodzi do podobnych zjawisk jest o wiele rozleglejszy niż może ci się wydawać. Tu ludzie wiedzą dużo tylko nie chcą się angażować , żeby nie wyjść na tym tak jak ja.


To co mówił Leon jakoś zaczęło składać się w pewną całość z tym co ogólnie ludziska gadali na różne tematy w wieczory w gronie rodzinnym jak szukało się tematów zastępczych, a słuchało się tego jak opowieści z najlepszych bajek choć pewnie nimi nie były i nie są do dzisiaj.

Z Leonem spotkałem się jeszcze dwa razy, ale ten ostatni raz był dziwny. Leon przyszedł na spotkanie taki nieswój coś go trapiło był blady , miał podkrążone oczy jakby nie spał przez całą noc lecz starał się tego nie okazywać.

Zaniepokoiło mnie to więc starałem się z niego wyciągnąć co jest bezpośrednią przyczyną zmiany ? Popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział „Co ty możesz wiedzieć o tych rzeczach to trzeba odczuć na własnej dupie”

Nie mogłem tego zrozumieć , ale przeczucie mnie nie myliło Leon wiedział więcej niż mi powiedział do tej pory, ale strach zdominował go na tyle ,że nie pozwalał mu na większe rozluźnienie pomimo deklaracji . Próbowałem wyciągnąć z niego jak najwięcej bo wiedziałem ,że drugiej takiej możliwości- „kontaktu” nie znajdę od razu. Ten 50-cio letni człowiek czegoś się bał i to nie na żarty. W końcu przejąłem inicjatywę i stanowczym głosem powiedziałem Leon k…. o co chodzi widzę , że się boisz tylko powiedz mi czego ?

Widocznie te słowa zadziałały w jakiś tam sposób bo po chwili oznajmił mi – … dobrze powiem - widzisz mówiłem ci ,że moja matka nie żyje to fakt lecz jak umarła to jest zastanawiające . Kiedy umierała wypadały jej włosy miała konwulsje , wychodziły paznokcie, a na ciele pojawiały się ciemne plamy. Więc powiedz mi studenciku z czym ci się kojarzą te fakty ?

Nie miałem żadnych wątpliwości ,że chodzi tu o chorobę popromienną czy coś o podobnym działaniu , ale jak i w jakich okolicznościach kobieta mogła zostać napromieniowana nie mając styczności z pierwiastkiem emitującym promieniowanie. Z tego co mi było wiadome żadne złoża tego pierwiastka nie były znane w tym regionie od zawsze.

Lekarz wezwany do domu potwierdził zgon pobladł na sam widok zmarłej lecz nic rzeczowego nie powiedział . Dwa dni później po terenie jego domostwa chodziła grupa ludzi ubranych w białe fartuchy z jakimiś urządzeniami.

Odpowiedź była tylko jedna matka Leona musiała mieć kontakt z ORBSami , a właściwie z ich technologią – teraz to mówię bez wahania bo wiem lecz w trakcie rozmowy z biednym Leonem mogłem się tylko domyślać. To co roiło się w moich domysłach po słowach jakie usłyszałem , nie pozostawiały złudzeń – Leon mógł być u nich wewnątrz .

Ostanie słowa brzmiały następująco :

…. „Tam głęboko pod ziemią oni mają swoją bazę jest to coś na wzór naszego miasta jest ich tam bardzo wielu , wiedz o tym ,że takich baz jest więcej i są to tacy sami ludzie jak my tylko z innego czasu , a ich odzienia kształtują ich wygląd zewnętrzny i nie są nam przychylni”


Więcej Leona już nie spotkałem, człowiek zniknął bez śladu. Ostatnią osobą , która go widziała to była recepcjonistka z hotelu w którym mieszkał . Kobieta mogła powiedzieć tylko tyle ,że widziała wchodzącego Leona na górę ok. godz. 22.15 , a już rano kiedy inni szli do pracy na godz. 6.00 w cukrowni nikt go nie widział. Po północy nikt już nie wchodził i nie wychodził z hotelu. Dzienną zmianę w recepcji miała inna kobieta, która po telefonie od kierownika zmiany zakładu , że Pan Leon nie pojawił się na zmianie poszła sprawdzić czy go nie ma w pokoju? Jak sama stwierdziła na stole stała zaparzona w szklance zimna kawa i łóżko przygotowane do spania lecz bez śladu , aby ktoś w nim przebywał. Ubranie w którym był widziany po raz ostatni przez recepcjonistkę było przewieszone na poręczy krzesła.

Ja też miałem z tego powodu troszkę problemów -byłem jednym z ostatnich , którzy go widzieli i rozmawiali z nim.

Należy tylko dodać ,że jesteśmy w roku 1966/67 .






BARDO Aargorot - Jeden z chłopców mówił nawet, że to "coś"



Aargarot

Latem 1966 roku czterech kilkunastoletnich chłopców wybrało się na górę Wysoki Kamień, leżącą nieopodal miejscowości Bardo, w Górach Bardzkich. O północy zamierzali przeprowadzić na szczycie góry seans spirytystyczny.

Początkowo nic nie zapowiadało żadnych kłopotów, żądni wrażeń młodzieńcy mieli po prostu dobra zabawę. Sytuacja zmieniła się jednak po zakończeniu seansu. Nagle ucichł wiatr, a rześkie, wypełnione dotąd dziesiątkami dźwięków powietrze zamarło w bezruchu.

Rozpalone wcześniej ognisko zgasło w ułamku sekundy, a jedynymi dźwiękami, jakie słyszeli, było odtąd bicie ich własnych serc. Coś nieokreślonego zbliżało się do obozowiska. Przerażeni chłopcy rzucili się do ucieczki. Do pobliskiej wsi dotarło tylko dwóch. Byli kompletnie przerażeni.

Gdy opowiedzieli, co ich spotkało, nikt nie chciał im uwierzyć. Nie wiedzieli, co stało się z pozostałą dwójką. Mieszkańcy wsi zawiadomili milicję. Sześć dni dziesiątki funkcjonariuszy przeczesywało całą okolicę. Bezskutecznie, chłopcy nie odnaleźli się nigdy.

Pozostałą dwójkę dręczyły senne koszmary. Śniła im się ich własna śmierć i… przyglądająca się im niewyraźna postać. Jeden z chłopców mówił nawet, że to "coś" ma na imię Aargaroth.


Kilka dni później, osiem dni po feralnej nocy na szczycie góry zniknął kolejny z uczestników seansu. Dwa dni potem ostatni z chłopców również przepadł bez wieści. Żadnego z nich nigdy nie odnaleziono.

Był to jednak dopiero początek tragicznych wypadków związanych z Wysokim Kamieniem. Do dzisiaj naliczono w jego okolicy osiem przypadków zaginięć. I żadnej z zaginionych osób do dzisiaj nie odnaleziono.

Analizując powyższy tekst należałoby się dowiedzieć co i kto podsunął im taki pomysł ..???  Przecież nikt od tak sobie nie wymyśla planu przeprowadzenia seansu spirytystycznego w takim , a nie innym miejscu. Jestem pewien ,że w domach krążyły opowieści o dziwnym miejscu i co ważne musiało już w przeszłości dochodzić do podobnych wydarzeń , wydarzeniu o takim podłożu. 
 -  jak to młodzi ludzie zainspirowani powyższym postanowili to sprawdzić .. z oczywiście pozytywnym skutkiem , a w ich wypadku tragicznym w efekcie końcowym . Prawdopodobnie musiał też być znany obrządek wprowadzający do seansu  - no bo co tu dużo mówić w tych miejscach pojawiali się i pojawiają ludzie o każdej porze roku ..  i nic . 
... może jeszcze kiedyś ktoś wypróbuje odtworzyć cały rytuał ... kto wie ..??? ahd 

" Zniknął wytrawny wędrowiec, profesor Ernest Weiss ... kiedy ? "

Tajemnicze zniknięcia w Tatrach


Jak wytłumaczyć tajemnicze wydarzenia w Tatrach, w okolicach Rysów? W 1894 roku zaginął w okolicy Giewontu 42-letni turysta, Władysław Białkowski. Choć to wyjątkowo uczęszczany szlak ciała pechowego wędrowca nie odnaleziono do dzisiaj.



Latem 1906 roku ginie w tym samym miejscu kolejna osoba, idący na Giewont siedemnastolatek. Jego ciała również do dziś nie odnaleziono.

Dwa lata później, w 1908 roku ginie bez wieści Antoni Nowak. Ostatni raz widziano go wychodzącego ze schroniska przy Morskim Oku. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. Już wkrótce sytuacja się powtarza.

W czerwcu 1909 roku, na trasie pomiędzy Popradzkim Stawem a Rysami zniknął wytrawny wędrowiec, profesor Ernest Weiss, który znał Tatry jak własną kieszeń.

Zadziwiające jest to, że jego szczątki pojawiły się nagle cztery lata później, tuż przy drodze, którą przechodzą corocznie dziesiątki tysięcy ludzi. Jak więc o możliwe, że ciała nie odnalazła też ekipa ratownicza, która wielokrotnie przeczesywała całą okolicę?

Wypadki można mnożyć, było ich ponad dwadzieścia. Wszystkie rozegrały się na niewielkim obszarze, w terenie, w którym niełatwo cokolwiek ukryć. Przez lata przewędrowały tamtędy miliony turystów i trudno uwierzyć, że ludzkie zwłoki wraz z całym turystycznym ekwipunkiem mogłyby ujść ich uwagi.

Wiele osób mówi do dziś: niezależnie od tego, co przydarzyło się pechowym turystom, nie ma wątpliwości, że odpowiedzialność za zaginięcia ponosi to przeklęte miejsce.


.. Ocierając się o powyższy temat należałoby też napomknąć wydarzenia z Uralu które rozegrały się w styczniu 1959 roku 

cytat :

" Dziesięciu narciarzy - ośmiu mężczyzn i dwie kobiety - wyruszyło na wyprawę w stronę góry Otorten w północnej części pasma gór Ural, 28 stycznia 1959 roku. Yury Yudin rozchorował się i opuścił grupę, zanim ta osiągnęła końcowy przystanek swojej wyprawy. Nie wiedział jeszcze, że po raz ostatni widzi swoich przyjaciół żywych."
http://adziekan69.blogspot.com/p/dziesieciu-narciarzy-osmiu-mezczyzn-i.html



niedziela, 24 listopada 2019

Merkel do Macrona. „Mam dość sprzątania po tobie”




„Mam dość sprzątania po tobie” 

– takie słowa miała powiedzieć Angela Merkel do Emmanuela Macrona. Jak informuje Wirtualna Polska, 

kanclerz Niemiec zareagowała tak na słowa francuskiego prezydenta o „śmierci mózgowej NATO”.



Słowa francuskiego przywódcy o „śmierci mózgowej NATO” wprawiły w złość Angelę Merkel.


 Były one spowodowane zachowaniem Turcji i Stanów Zjednoczonych w Syrii. Macron miał stwierdzić, że nie może pojechać na grudniowy szczyt NATO w Londynie i udawać, że nic złego się nie stało.

Kanclerz Niemiec miała stwierdzić, że ma już dość sprzątania po Macronie. Jej słowa przytacza Wirtualna Polska. „Rozumiem twoją skłonność do politycznych przełomów. Ale mam dość sprzątania po tobie. Raz za razem, muszę sklejać fragmenty filiżanek, które rozbiłeś, żeby potem móc z tobą usiąść i wypić herbatę” – powiedziała.

Eksperci, których wypowiedzi przytacza Wirtualna Polska twierdzą, że stosunki Niemiec i Francji są obecnie najgorsze od lat. „Różnice zdań co do przyszłości NATO, integracji europejskiej i przystąpienia do Unii krajów bałkańskich sprawiły, że stosunki francusko-niemiekie są w najgorszej kondycji od lat. To m.in. efekt zderzenia „nerwowego i niecierpliwego stylu Macrona” z powolnością niemieckiego systemu, gdzie koalicja rządząca cały czas walczy o przetrwanie”

sobota, 23 listopada 2019

NATO na Francję nie może liczyć ..??? Śmierć mózgowa w/g Macrona...

Słowa Emmanuela Macrona o "śmierci mózgowej" NATO wywołały falę oburzenia, najczęściej zupełnie nieskrywanego, szczególnie w środkowej części Europy. Ale też sprowokowały pytania o to, jakie były rzeczywiste intencje francuskiego prezydenta i o realne znaczenie artykułu 5. Kluczowego dla sojuszu. - To gwarancja bezpieczeństwa o dosyć ograniczonej ważności – przyznaje wprost w rozmowie z Interią prof. Antoni Z. Kamiński, kierownik Zakładu Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Studiów Strategicznych PAN.






Na Macrona posypały się gromy niemal zewsząd. Za słowa, za styl, za swego rodzaju arogancję. Ale jednocześnie pojawiły się głosy ważnych polityków (Angela Merkel), że "problem" istnieje. Zresztą, w niemieckim rządzie - co jest nowością - ministrowie spraw zagranicznych oraz obrony przygotowują propozycje reformy NATO.


Czy zatem w sytuacji, gdy rozbieżności interesów w samym Sojuszu Północnoatlantyckim nie brakuje, gdy Turcja - choć jest ważnym członkiem NATO - ma napięte stosunki ze Stanami Zjednoczonymi i bliżej jej dzisiaj do Rosji, gdy wreszcie prezydent Trump jawnie opuszcza swoich niedawnych sojuszników, Kurdów, słowa Marcona tylko dolewają oliwy do ognia? Czy prowokują debatę, w tym tę o rzeczywistej współpracy członków paktu?

Artykułu 5. - czyli faktycznej solidarności w przypadku ataku z zewnątrz - jeszcze nigdy nie trzeba było sprawdzać w praktyce. - I całe szczęście - twierdzi prof. Kamiński. - Bo faktem jest, że on nie daje pełnych gwarancji bezpieczeństwa.

Skąd takie wątpliwości?

Artykuł 5. Działania, które nie są określone

Przypomnijmy więc, o co dokładnie chodzi w tym artykule, niewątpliwie kluczowym, na który nieraz lubią powoływać się politycy, także w Polsce. Jak czytamy w nim, jeśli jeden z członków NATO zostanie zaatakowany, inne państwa powinny podjąć "niezwłocznie, samodzielnie, jak i w porozumieniu z innymi stronami, działania, które uznają za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, aby przywrócić i utrzymać bezpieczeństwo obszaru północnoatlantyckiego".

- "Działania, które uznają za konieczne", "w porozumieniu z innymi" - jest tutaj cały szereg elementów, które właściwie niewiele mówią. Potencjalny agresor musi więc przyjąć, że państwa sojusznicze podejmą jakieś działania. Ale one nie są dokładnie sprecyzowane - przypomina prof. Kamiński.

I zwraca uwagę na coś innego. - Rozumiem, że dane strategiczne NATO obejmują takie okoliczności jak np. możliwa agresja przeciwko krajom bałtyckim, bo one chyba byłyby na nią najbardziej narażone. Nie mówiąc o reakcjach przeciwko Polsce. Sądzę, że strategiczne plany operacyjne są przygotowane. Dlatego paradoksalnie, to one są bardziej konkretne - i być może stanowią lepsze zabezpieczenie, np. dla Polski - niż sam artykuł 5., dość ogólny - mówi szef Zakładu Bezpieczeństwa Międzynarodowego i Studiów Strategicznych PAN.

Pytanie, czy ten artykuł mógł zostać napisany inaczej. - Z prawnego punktu widzenia, jest tak sformułowany jak można było to zrobić w 1949 roku. Nikt chyba nie mógł doprowadzić wtedy do bardziej precyzyjnego określenia. Dlatego, że to musiałoby przewidzieć wszystkie możliwe sytuacje agresji oraz określić dokładnie wszystkie możliwe reakcje. Wiadomo, że tego się nie dało zrobić - uważa prof. Antoni Z. Kamiński.

Waszczykowski: Wszelkie dywagacje, które podważają znaczenie NATO spotykają się z polską krytyką

Nie ulega jednak wątpliwości, że Macron - otwierając ten temat w mocnych słowach - zirytował wielu sojuszników. W Polsce słychać to szczególnie i z różnych stron sceny politycznej.

Witold Waszczykowski, były minister spraw zagranicznych, który był ostatnio gościem "Studia Europa" w Interii, dostrzega w tym "pewną grę prezydenta Macrona, który próbuje stawiać różne przeszkody w rozwoju NATO". - Te działania to trochę szantaż wobec UE, wobec NATO. Chce tym ugrać lepszą sytuację dla francuskiej gospodarki, zapewnić sobie to, by strefa euro ją wspomagała - tłumaczy europoseł PiS i dodaje: - Wszelkie dywagacje, które podważają więzi transatlantyckie i znaczenie NATO spotykają się z polską krytyką.

Radosław Sikorski mówi z kolei w rozmowie z Deutsche Welle, że Macron "trochę przesadził". - Po inwazji na Ukrainę prezydent Władimir Putin tchnął w NATO nowe życie. Wszyscy chyba zauważyli, że kraj sąsiadujący z UE zmienił siłą granice w Europie. To nas trochę wystraszyło. Wszyscy zdają też sobie sprawę, że na wschodniej flance bez Stanów Zjednoczonych w tradycyjnej wojnie nie dalibyśmy rady. Ja zatem jestem bardziej przywiązany do NATO - przekonuje były szef dyplomacji, dzisiaj europoseł PO.

Zaraz jednak niuansuje: - Ale problem jest. Bo w sytuacji szantażu nuklearnego ze strony prezydenta Putina, mamy nadzieję, że prezydent Trump zachowałby się lepiej, niż na osławionej konferencji prasowej z Putinem w Helsinkach. Ale, szczególnie w moim regionie, chyba nikt nie ma pewności.

Skąd zatem taka reakcja francuskiego prezydenta i to akurat teraz?

- Macron cały czas usiłuje zaistnieć w polityce światowej. Jego stanowisko w sprawie NATO odbieram jako część ponownego otwarcia się na Rosję. Stara się w ten sposób kokietować Putina - mówi Interii prof. Kamiński.


I tutaj być może należy szukać innych wytłumaczeń dla tego wystąpienia francuskiego prezydenta. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że kryje się za tym drugie dno. A mówiąc jeszcze dokładniej - pewnie niejedno. Aby spróbować zrozumieć motywacje Macrona, konieczne jest szersze spojrzenie. Tym bardziej, że z perspektywy czasu wiadomo już trochę więcej.

Trzy traumatyczne wydarzenia na linii Paryż - Waszyngton

Wiele wskazuje bowiem na to, że u podstaw takiego ruchu Macrona stoi nie tylko chęć wybicia się na pierwszy plan, ale również skomplikowane relacje francusko-amerykańskie w ostatnich latach. Także sięgające dalej niż władza obecnych prezydentów, choć związane bezpośrednio z największym dramatem mijającej dekady, czyli wojną w Syrii i współpracą na linii Paryż - Waszyngton. A raczej jej brakiem w kluczowych momentach.

Były co najmniej trzy konkretne wydarzenia, które na tej współpracy położyły się długim cieniem. Pierwszy jeszcze za prezydentury Baracka Obamy, który obiecywał twardą reakcję, jeśli reżim syryjski przekroczy "czerwoną linię", czyli użyje broni chemicznej. Francuskie samoloty bojowe były już gotowe do startu, gdy okazało się, że Obama zrezygnował z interwencji, a Paryż nie był w stanie sam poprowadzić operacji.

Do drugiego ostrego spięcia doszło w grudniu ubiegłego roku. Donald Trump ogłosił wówczas na Twitterze, że 2000 żołnierzy amerykańskich ma zostać wycofanych z Syrie, bo "pokonaliśmy Państwo Islamskie" - jak pisał. Władze Francji i Wlk. Brytanii, które miały też swoje wojska w Syrii, nie zostały o tym poinformowane. Jak pisze Sylvie Kauffmann w swoim felietonie na łamach "Le Monde", francuska minister obrony wpadła w szał, przypominając amerykańskiej administracji, jakie powinny być reguły gry: "Jeśli weszliśmy tam razem, to wychodzimy też razem". Ostatecznie, Amerykanie zostawili jeszcze kilkuset żołnierzy.

Czara goryczy przelała się jednak w październiku, kiedy Trump ostatecznie wycofał wojska, dając de facto Turcji pole do działania i przyzwalając na atak na Kurdów, którzy do niedawna byli kluczowymi sojusznikami w walce z dżihadystami. Francja znowu nie mogła się temu przeciwstawić.

Dlaczego te trzy zdarzenia są tak istotne dla Macrona? Sam mówi o tym w wywiadzie dla "The Economist". W 2013 roku nastąpił - według niego - "pierwszy rozłam w bloku zachodnim", a to co się dopełniło w ubiegłym miesiącu było "dramatyczne" dla NATO. Ze względu na Turcję, która przecież jest członkiem paktu i ze względu na Stany Zjednoczone, które mają być "ostatnim gwarantem bezpieczeństwa".

Francuski prezydent wyciągnął z tego wniosek, że tak naprawdę każdy w NATO robi, co chce.

Jest jeszcze drugi element, który mógł wpłynąć na ostrą reakcję Macrona akurat teraz. Podczas gdy - jak wskazuje Kauffmann - władze unijne, tak samo jak Berlin, łudzą się, że Trump szybko odejdzie z Białego Domu, a Waszyngton znowu roztoczy na Europą parasol ochronny, gospodarz Pałacu Elizejskiego już pozbył się złudzeń i życzyłby sobie wzmocnienia Europy. Szczególnie w sytuacji, gdy na horyzoncie rysuje się nowy układ sił z centralnym starciem między USA i Chinami i gdy administracja Trumpa widzi w Europie jedynie partnera handlowego.

Na początku grudnia jest zaplanowany kolejny szczyt NATO - po słowach Macrona z pewnością bardziej burzliwy, niż się zapowiadało. Tu prezydent pewnie osiągnął cel, bo trudno będzie przejść teraz do porządku dziennego.

"Na Francję nie ma teraz co liczyć"

Ale pojawia się inny problem. Nawet jeśli Francuz włożył kij w mrowisko i chce zacząć prawdziwą debatę na temat NATO, to sam tego nie zrobi. A działając w taki sposób, indywidualnie, sojuszników nie zyskuje. Tym bardziej, że jego zbliżenie do Rosji Putina też jest odbierane krytycznie. A nawet bardzo.

W efekcie słowa o "śmierci mózgowej" są interpretowane odwrotnie do zamierzeń, także w kontekście europejskiej solidarności i słynnego artykułu 5. Prof. Kamiński: - Zaufanie do Francji jest teraz mocno dyskusyjne, a mówiąc jeszcze mocniej - nie ma co na nią liczyć - mówi i dodaje: - Dyskusję wywołuje się w inny sposób.

Remigiusz Półtorak
INTERIA.PL


https://fakty.interia.pl/swiat/news-jak-macron-wywolal-burze-o-nato-czyli-ile-wart-jest-artykul-,nId,3348531