poniedziałek, 24 września 2012

Prawdziwi faceci w czerni



Zjawiają się znienacka u ludzi, którzy widzieli UFO, i dosadnie perswadują im, że nie warto o tym mówić. Straszą, dziwią, a niekiedy nawet przerażają. Ludzie, którzy mieli okazję ich spotkać, twierdzą, że faceci w czerni to nie fikcja, choć do dziś nikt nie wie, kim naprawdę są…
Prawdziwi faceci w czerni 


Men in Black – ludzie (czy jak kto woli „faceci”) w czerni pojawili się na arenie dziejów jakieś 60 lat temu, w okresie, gdy zjawisko „latających talerzy” zaczęło budzić ogromne zainteresowanie amerykańskiej opinii publicznej. Zastanawiano się, czy za obserwacjami UFO stoją pojazdy obcych czy geniusz radzieckich inżynierów. Z czasem zaczęto donosić również o spotkaniach z osobliwymi „agentami”, którzy starali się przekonywać ludzi, że publiczne mówienie o kosmitach może się źle skończyć.

Niestety, ludzie w czerni (w skrócie MIB) w niczym nie przypominali swoich filmowych odpowiedników, a ich sprawa wydawała się mieć „podwójne dno”. Stali się oni bohaterami zarówno totalnie absurdalnych, jak i całkiem interesujących relacji. Przykładowo, w maju 1975 r. ubrani na czarno blondyni zatrzymali na drodze meksykańskiego pilota, który jechał do telewizji, aby opowiedzieć o dokonanej kilkanaście dni wcześniej obserwacji UFO (wytropionego również przez radary lotniska w Mexico City). Mężczyzna został powiadomiony, że powinien trzymać język za zębami. Kilka tygodni później, przed spotkaniem z astronomem J. Allenem Hynekiem (zwanym „ojcem ufologii”), ktoś znowu próbował go zastraszyć. Tylko po co?


REKLAMA



dx - Trudno powiedzieć kim są MIB – mówi Onetowi Albert Rosales, amerykański ufolog i twórca bazy danych o bliskich spotkaniach trzeciego stopnia. – Myślę, że niektórzy z nich mogli być werbowanymi przez rząd lub prywatne instytucje osobami, których zadaniem było wejście w kontakt ze świadkami [obserwacji UFO] lub nachodzenie ich w celu wyłudzenia potencjalnych dowodów, na przykład zdjęć.

Skąd się wzięli ludzie w czerni?

Najsłynniejsza swego czasu sprawa nękania przez ludzi w czerni dotyczyła Alberta K. Bendera (1921-2002) – amerykańskiego lotnika i wydawcy pisma "Space Review", w którym publikowane były najnowsze doniesienia o obserwacjach UFO. W 1953 r. Bender ogłosił na jego łamach, że udało mu się definitywnie rozwiązać zagadkę latających talerzy, jednak niedługo potem w bardzo dziwnych okolicznościach zwinął działalność i zniknął. Jak potem przyznał, zagadkowi „agenci w czerni” zmienili jego życie w piekło.

Współpracujący z nim pisarz Gray Barker (1925-1984) starał się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Jak ustalił, MIB mieli wymusić na Benderze rezygnację z dalszego zajmowania się UFO. Wkrótce, w niezbyt ambitnej książce pt. „Ci, którzy wiedzieli za dużo o latających spodkach” Barker nakreślił podstawy legendy o ludziach w czerni. Powoli na jaw zaczęły wychodzić także inne dziwne incydenty.

Kolekcjonerem relacji o spotkaniach z MIB był John A. Keel (1930-2009) – amerykański pisarz i dziennikarz zajmujący się zjawiskami z pogranicza. Z zebranego materiału wynika, że były to przypadki bardzo barwne i zróżnicowane. Świadkowie twierdzili, że ludzi w czerni wyróżniał nie tylko strój. Zwykle wyglądali oni jak Azjaci lub południowcy, mówili z silnym akcentem lub zachowywali się tak dziwnie, iż niektórzy wątpili w ich ziemskie pochodzenie.

Ukryć prawdę o UFO

Faceci w czerni najbardziej interesowali się ludźmi, którzy twierdzili, że spotkali UFO lub jego pasażerów. Przekonał się o tym Jim Templeton – strażak z brytyjskiego Carlisle i autor słynnej fotografii „astronauty z Burgh Marsh”. Wiosną 1964 r., podczas niedzielnego wypadu za miasto, Templeton wykonał zdjęcie, na którym obok jego kilkuletniej córki widnieje postać przypominająca kosmonautę lub człowieka w kombinezonie ochronnym. Mężczyznę odwiedzili niebawem dwaj agenci przedstawiający się jako „Numer 9” i „Numer 11”, którzy kazali mu jechać do miejsca, gdzie powstała fotografia.

Rok później spotkanie z MIB zaliczył teksański policjant Robert Goode, który wraz z kolegą, Williamem McCoyem, natknął się w czasie patrolu na UFO w formie świetlistego prostokąta. Wkrótce w biurze miejscowego szeryfa zjawili się dwaj niezidentyfikowani funkcjonariusze. Gdy znaleźli Goode’a okazało się, że skądś znają cały przebieg incydentu. Ostrzegli go również, że w przypadku kolejnego spotkania z niezidentyfikowanym obiektem powinien trzymać język za zębami, a w razie potrzeby… współpracować z jego pasażerami.