środa, 30 lipca 2014

"Miasto chce półtora miliona od dzieci"

Premie i zagraniczne delegacje z pieniędzy dla dzieci? 
Urzędnicy żądają od łódzkiej fundacji zwrotu 1,5 mln zł
to tylko wojna o kasę , której i tak przysłowiowe dzieci nie zobaczą, ale kimś trzeba sobie mordę wytrzeć.
Półtora miliona złotych dotacji oświatowych zostało wydanych niezgodnie z przeznaczeniem - alarmują łódzcy urzędnicy i żądają zwrotu 1,5 mln złotych od fundacji Jaś i Małgosia. Zdaniem magistratu pieniądze dla dzieci były wydawane m.in. na premie, szkolenia zagraniczne i owoce morza. Fundacja odpowiada, że zarzuty są absurdalne i niesprawiedliwe.

Jaś i Małgosia to fundacja pomagająca dzieciom z autyzmem. Prowadzi w Łodzi m.in. przedszkole, szkołę podstawową i gimnazjum. Pod jej opieką jest ponad 250 niepełnosprawnych dzieci. W 2012 roku fundacja otrzymała od miasta ponad 3 mln złotych w ramach subwencji oświatowych. Według miejskich urzędników niemal połowa tej kwoty została wykorzystana niezgodnie z przeznaczeniem.

- Pieniądze były wykorzystywane na nieuzasadnione wynagrodzenia dla prezesa i wiceprezesa, w ten sposób "zniknęło" ponad 260 tys. złotych - podkreśla Grzegorz Gawlik z łódzkiego magistratu.

Oprócz tego, wg urzędników pieniądze z subwencji miały być przeznaczane m.in. na usługi fotograficzne (za prawie 40 tys. złotych), komponowanie muzyki (5 tys. zł) czy wykonanie... projektu kartki świątecznej - za 600 złotych. Środki miały być też wydawane na steki, owoce morza i rozliczanie zagranicznych delegacji.

- Z tego też powodu wystąpiliśmy do fundacji o zwrot środków, które zostały wydane niezgodnie z przeznaczeniem. Łącznie to około 1,5 mln złotych - informuje Gawlik.
"Miasto chce półtora miliona od dzieci"

Fundacja jest oburzona zarzutami stawianymi przez magistrat. Podkreśla przy tym, że zdecydowana większość kwoty, o którą miasto chce się upomnieć, wydano na remont budynków szkoły prowadzonej przez "Jasia i Małosię".

- Urzędnicy uparli się, żeby utrudniać nam pracę. Ich argumenty są dla nas bardzo krzywdzące, tym bardziej, że z każdym rokiem udaje nam się pomóc coraz większej liczbie chorych. Miasto jednak to ignoruje i chce nas zaatakować - mówi tvn24.pl Tomasz Michałowicz, prezes fundacji.

Michałowicz podkreśla, że żaden z argumentów podnoszonych przez miasto nie stanowi podstawy do stawiania tezy, że pieniądze były wydawane niezgodnie z przeznaczeniem.


Spór miasta z fundacją o 1,5 mln złotych
Zarzuty miasta Odpowiedź fundacji


Wypłata nieuzasadnionych wynagrodzeń, m.in. dla prezesa i wiceprezesa w wysokości 260 tys. złotych. Prowadzimy dużą organizację. Szefostwo fundacji zarabia niewiele więcej od zatrudnianych specjalistów.

Płacenie "samemu sobie". Fundacja płaciła za szkolenia firmie, w której udziałowcem jest właściciel fundacji.

Tak było, ale dlatego, że potrzebowaliśmy pilnego szkolenia. Wybór padł na agencję, która mogła szybko zrealizować projekt. Chodziło o szkolenie, które miało ograniczyć przypadki ucieczek chorych dzieci z naszych placówek.

Wykupienie usług fotograficzne za blisko 40 tys. złotych. To był element terapii, który pomaga dzieciom. Urzędnicy nie byli jednak zainteresowani, po co płaciliśmy fotografom.
Wykupienie usługi skomponowania muzyki za 5 tys. złotych.

To niedopatrzenie, które naprawiliśmy w trakcie trwania kontroli. Środki zwróciliśmy miastu jeszcze w styczniu z pieniędzy niepochodzących z subwencji. Muzyka została wykorzystana do kampanii społecznej.

Kup
owanie m.in. steków i owoców morza. Dzieci przyrządzały kanapki. Owoce morza kosztowały 7.99 złotych. Podnoszenie takiego argumentu przez miasto jest śmieszne.


Rozliczanie krajowych i zagranicznych dotacji z pieniędzy przyznanych przez miasto. Nasi pracownicy uczestniczyli w szkoleniach za granicą. Subwencja pozwala na finansowanie szkoleń.

- Prowadzimy przedszkole, szkołę podstawową, gimnazjum, szkołę przysposabiającą do pracy oraz terapię w ramach wczesnego wspomagania rozwoju. Wszystkie placówki są bezpłatne. To duża organizacja, która zatrudnia wielu specjalistów. Wypominanie zarządowi wynagrodzenia jest nie tylko niesprawiedliwe, ale też przykre - argumentuje.

Przedstawiciele fundacji już zapowiedzieli, że odwołają się od decyzji magistratu do sądu administracyjnego.

- Jeżeli jednak będziemy zmuszeni do zwrotu części już wydatkowanej subwencji, zrobimy to korzystając z wpłat od darczyńców. Chcieli oni jednak pomóc dzieciom, a nie poprawiać budżet miasta - zaznacza Tomasz Michałowicz.