niedziela, 11 stycznia 2015

STRACEŃCY KUPIENI ZA MILION:"chcesz jechać do Angoli?" Odpowiedziałem "tak".




STRACEŃCY KUPIENI ZA MILION:
Zadano mi pytanie - "chcesz jechać do Angoli?"
Odpowiedziałem "tak".

Po 48 godzinach miałem broń w ręku i byłem na wojnie.


Co w profesji żołnierza najemnego jest najważniejsze? Może to, że w tym zawodzie nigdy niczego nie można być pewnym. Najlepiej zawsze być przygotowanym na najgorsze. Warunki bytowe mogą być złe lub koszmarnie złe, broń niesprawna, dowództwo niekompetentne, a wojna, w której się uczestniczy z góry przegrana przez stronę, która ci płaci.

W czasie zimnej wojny CIA wielokrotnie werbowała najemników do walki z komunistycznymi rebeliami (wspomaganymi z kolei przez Blok Wschodni) w krajach Azji, Ameryki Łacińskiej i Afryki.

Jedną z najmniej udanych prywatnych wojen, finansowanych przez CIA była operacja w Angoli. Brało w niej udział blisko 140 białych najemników. Ci, którzy przeżyli, wspominać mogli te wydarzenia jako największy koszmar.

W roku 1975 Portugalia przyznała niepodległość Angoli. Niemal natychmiast w byłej kolonii wybuchła wojna domowa. O władzę walczyły 3 organizacje - prokomunistyczna MPLA, i prawicowe UNITA i FNLA. MPLA wspomagał Związek Radziecki (finansami i bronią) oraz Kuba (kilkoma tysiącami bojowników). Z kolei UNITA i FNLA otrzymywały pomoc ze strony Zachodu. Pomoc jak najbardziej nieoficjalną.

CIA wpadła na pomysł, aby kiepskiej jakości armię FNLA wspomóc zawodowymi najemnikami. Ta strategia przyniosła wielkie sukcesy m.in. podczas "wojen zastępczych" w Katandze, Kongu, czy Rodezji.

Na wprowadzenie planu w życie wydano nieco ponad milion dolarów. Na dowódcę oddziału najemników wybrano Costasa Georgiou. Zatrudnienie zapewniło mu ogłoszenie, które dał w amerykańskim magazynie militarno-przygodowym "Soldier of Fortune".

Georgiou zdobył doświadczenie służąc w brytyjskich oddziałach powietrznodesantowych. Jako najemnik używał imienia i nazwiska Tony Callan.

Callan przyjął propozycję dowodzenia najemnikami w Angoli. Dostał stopień pułkownika. Był to ciekawy awans zważywszy, że szeregi regularnej armii opuścił on jako szeregowiec. Callan ściągnął kilku swoich dawnych kolegów z wojska, i zatrudnił jako oficerów.

Ludzie związani z CIA mieli tymczasem skompletować resztę oddziału w Londynie.



Żołnierze fortuny pilnie poszukiwani:



Najemników szukano poprzez ogłoszenia w prasie, kontakty osobiste, a w końcu - brano nawet ludzi z ulicy (i to dosłownie - w szeregach znalazło się 2 londyńskich zamiataczy, zatrudnionych po krótkiej rozmowie z przechodzącym akurat werbownikiem).

Szeregowym zaoferowano zarobki w wysokości 300 dolarów tygodniowo.

Fachowość najemników budziła wielkie wątpliwości. Praktycznie jedynymi zawodowcami o solidnym przeszkoleniu i zaprawionymi w wojennym rzemiośle byli Callan i jego znajomi.

Resztę oddziału stanowiła zbieranina, składająca się głównie z bezrobotnych oraz drobnych przestępców. Były to osoby pochodzące z biednych rodzin, nieprzystosowane społecznie, bez żadnego lub z niewielkim doświadczeniem wojskowym. Ludzie, których potem angolański trybunał nazwał "najniższym sortem ludzkim, lubującym się w zabijaniu, niszczeniu i dokonywaniu zbrodni w zamian za odpowiednią zapłatę".



"Zadano mi pytanie - "Chcesz jechać do Angoli?" Odpowiedziałem "Tak". Gdyby mi wtedy powiedział "Mars", też odpowiedziałbym "Tak". Po 48 godzinach miałem broń w ręku, i byłem na wojnie".



Oddział składał się z 105 Brytyjczyków, 24 Amerykanów i niewielkiej ilości Portugalczyków i Francuzów.

Najemnicy przylatywali czarterowym samolotem do Konga, w Kinszasie odbierali swój sprzęt.
Radość z wyjazdu do egzotycznego kraju na "wojenną przygodę" była duża. Po przybyciu do Afryki okazało się, że rzeczywistość nie wygląda zbyt kolorowo. Na przywitanie był rozsypujący się autobus, którym jechali po odbiór sprzętu.

W porządku była jedynie broń - belgijskie karabinki FN, i amerykańskie M-1 i M-2. Ubiory tymczasem były znoszone, a poza nimi najemnicy nie otrzymali żadnego innego ekwipunku. Bez sprzętu warunki były nie do wytrzymania - Afryka ze swoimi ekstremami nie jest miejscem dla nieprzygotowanych neofitów z Europy. Morale błyskawicznie spadało.



"W dzień panował skwar, a w nocy było mroźnie, i spałeś tam, gdzie stałeś. Nie mieliśmy kocy, śpiworów, ani jedzenia.

(...)

Nie jadłem porządnego posiłku przez te tygodnie, kiedy tam byłem. Nie mieliśmy nawet takiej rzeczy, jak kubek.

Jeśli chciałeś zrobić sobie kawę, czy coś do picia z racji żywnościowej, robiłeś to w puszce po rybach, które właśnie zjadłeś, i pływał w tym olej.

Nie mieliśmy noży ani widelców (...) Nie mieliśmy map, nie mieliśmy kompasów. Jeśli zeszłeś z drogi, nie miałeś pojęcia, gdzie jesteś. Tam nie było nic, dosłownie nie mieliśmy nic."



Z Konga nowoprzybyłe grupy były kierowane drogą lądową na granicę, a potem do północnej Angoli. Tam były dołączane do armii FNLA. Armia ta składała się z angolańskich ochotników. Kolejny szok - angolańczycy byli niewyszkoleni i beznadziejnie uzbrojeni.

Większosc nawet nie miała broni. Nie palili się do walki, której znaczenia nawet nie rozumieli. Angola była swieżo po wyzwoleniu z kolonializmu. Biali - szczególnie żołnierze - byli traktowani nieufnie, a idee walki z komunizmem były tam po prostu nie rozumiane. Pod mundurami angolańscy "ochotnicy" nosili ubrania cywilne, aby w razie zmiany warunków na froncie na niekorzyść szybko przeistoczyć się w cywilów, i czmychnąć do swoich wiosek.

Przeciwnik dysponował ogromnymi siłami, i był wspomagany przez kilka tysięcy bitnych Kubańczyków. Perspektywy na prowadzenie wojny przedstawiały się beznadziejnie. Biali nie mieli jednak drogi wyjścia. Dom był daleko, a za próbę dezercji groziła kula w plecy.



Na szlaku rzezi:



Wojna z udziałem białych najemników trwała zaledwie kilkanaście tygodni, i nie przyniosła żadnej poważnej konfrontacji. FNLA nie posiadała skutecznych wywiadu, logistyki, ani lotnictwa. Wszystko było jedną wielką prowizorką.

Pułkownik Callan szybko pokazał swoje prawdziwe oblicze - oblicze psychopatycznego lidera, zdolnego do wszystkiego dowódcy oddziału straceńców. Bezlitośnie rozstrzeliwał czarnych dezerterów (biali nie próbowali uciekać). Pewnej nocy Callan zakradł się do śpiących murzynów z FNLA, i gdy odkrył, że mają ze sobą cywilne ubrania, nabrał przekonania, że planują ucieczkę, i zaczął ich rozstrzeliwać, kiedy spali.

Niektórzy zdołali się obudzić, powyskakiwali z pomieszczenia przez okna, i uciekali szosą. Dowódca wybiegł za nimi i strzelał, dopóki jeszcze mógł ich dosięgnąć.

Innym razem, gdy grupa jego żołnierzy omyłkowo zaatakowała własny wóz pancerny, przeprowadził egzekucję na 14 winnych ataku.

Okrucieństwo Callana szybko przeszło na jego podwładnych. Najemnicy dokonywali masakr, torturowali cywilów, okaleczali, i rozstrzeliwali bez opamiętania.



"Zabijaliśmy, chociaż nie mieliśmy do tego wyraźnych powodów. Torturowaliśmy, aby wydobyć informacje, których oni prawdopodobnie nie mieli.

To nie byli żołnierze wroga, byli prawdopodobnie cywilami. Ta atmosfera przeniknęła cały oddział, czuliśmy przyzwolenie na bezprawie (...)

Zdaliśmy sobie sprawę, że nie ma żadnej normalnej struktury dowodzenia, że jesteśmy tylko grupą bandytów z bardzo niebezpiecznym hersztem".



Uczestnictwo w tej wojnie zakończyło się dla wielu najemników tragicznie. Wśród pechowców znalazł się również pułkownik Callan.


Podczas bitwy, którą prowadzili najemnicy z siłami MPLA w pobliżu granicy z Kongo wybuchła ciężarówka z amunicją. Zginęło kilku żołnierzy, wielu innych zostało rannych. W ręce żołnierzy MPLA wpadło żywcem 13 białych najemników. Wśród nich był pułkownik Callan, ranny po wybuchu ciężarówki.

Wszyscy jeńcy zostali osądzeni przez "Rewolucyjny Trybunał Ludowy" MPLA 11 czerwca 1976 roku. Wyroki były ciężkie. Callan, 2 Brytyjczyków i Amerykanin zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Rozkaz wykonano bez zwłoki. Pozostałych schwytanych trybunał skazał na kary od 16 do 30 lat więzienia.

Utrata dowódcy i brak sukcesów na froncie sprawił, że dalsze utrzymywanie najemników nie miało sensu. Zostali zwolnieni, a CIA mogła dopisać nieudolnie poprowadzoną sprawę w Angoli do listy niepowodzeń.

Nikt nie upomniał się o "nieoficjalnych żołnierzy". Rządy ich krajów obserwowaly sprawę przez palce.

Psy wojny mogą liczyć tylko na siebie - Callan i jego ludzie zapewne doskonale o tym wiedzieli.