piątek, 29 listopada 2019

"zbożowe kręgi" wycina sam diabeł. Wylatowo , ORBS , UFO



Kiedy latem 2000 roku na polach Wylatowa pojawiły się tajemnicze kręgi w zbożu, natychmiast zjechali tam wszelkiej maści badacze zjawisk paranormalnych. Trudno ukryć, że działo się tam coś, co wyraźnie przeczy zdrowemu rozsądkowi. W opowieściach świadków pojawiały się opisy dziwnych zjawisk: krążące szybko świetliste kule, gasnące i rozbłyskujące niczym noworoczne fajerwerki.
100_1440 mini

Inni wspominali o dziwnej mgle oblepiającej okolicę pola i paraliżującej znajdujące się w jej zasięgu osoby. Świadkowie opisywali ogarniające ich uczucie nie dającego się wyjaśnić strachu. Wielu ciągle twierdzi, że do końca życia nie zapomni tego, co ich spotkało.

 Namacalnym dowodem istnienia w tym miejscu "czegoś" są tajemnicze znaki w zbożu. Badacze niewyjaśnionego twierdzą, że są dziełem kosmitów. Na średniowiecznych rycinach natomiast "zbożowe kręgi" wycina sam diabeł.
ufo (3)

Mogłoby się wydawać, że w dobie internetu, wszechobecnej techniki i podboju kosmosu wiara w strachy i uroki jest już tylko reliktem dawno minionej epoki. Wystarczy jednak, że zapada noc i, w sprzyjających "okolicznościach przyrody", zaczynamy odczuwać niepokój. Przyjazny dotąd świat jawi nam się niczym sceneria z horroru. Stajemy oko w oko z niewyjaśnionym. W Polsce jest wiele miejsc, w których dziwne rzeczy zdarzają się wyjątkowo często...


.. tak  na marginesie - korzystając z okazji pozwolę sobie przytoczyć fragment i linki do opowiadania, publikacji już wcześniej opisanej prze zemnie, a dotyczącej właśnie tego terenu .. Wylatowa i okolic 


powiązane tematy
Poniżej jest urywek mojego opowiadania z użyciem dostępnych mi relacji środowiskowych z terenu na których dochodziło do wspomnianych zjawisk lecz jak to bywa z opowieściami są trochę sfabularyzowane choć sam wątek kogoś takiego jak Leon i Johan  nie ... 

JOHAN – LEON i ŻEGLARZ 1966.
- A teraz – kontynuował Johan – opowiem ci od czego się zaczęła moja przygoda z tym fenomenem . Było to późną jesienią , był 1966 rok, miałem jakieś 20 lat. Na dworze było szaro i ponuro w takiej mieścinie jak Janikowo nie było wiele do roboty więc ludzie spotykali się w knajpie przy piwie, rolnicy i robotnicy z pobliskiej cukrowni jak i z Zakładów Sodowych oraz amatorzy połowu ryb – jak sam dobrze wiesz w jeziorku pakoskim były zawsze niezłe okazy do złowienia – Janikowo z tego słynęło …

W tym momencie zadumał się Johan bo widziałem jak ciężko jest mu mówić o starych lecz dobrych czasach , gdzie nie było pośpiechu i zmartwień o ile sam ktoś sobie nie przysporzył. Choć bieda hulała dzięki chorej polityce i sąsiadowi ze wschodu to jednak życie było bardziej proste i mniej skomplikowane od dzisiejszej wyniszczającej społeczeństwa gonitwy za dobrobytem.


- Więc poszedłem do „ŻEGLARZA” tak się nazywała wspomniana knajpka położona nie opodal dworca kolejowego , a właściwie będąca w jego sąsiedztwie. Ten zapach dymu pochodzący z kominów parowozów pamiętam do dzisiaj, zawsze tamte czasy wspominam z łezką w oku.

Razem ze mną byli moi koledzy Piotr i Tomek , zawsze włóczyliśmy się w trójkę. Wchodząc do lokalu pokonując parę schodków, jeden z nas zawsze biegł na lewą stronę ,gdzie mieścił się bar , a przy nim jak zawsze kolejka przeważnie po piwo, pozostali szukali miejsca w jednej z dwóch sal. Pierwsza sala mieściła się w pomieszczeniu, gdzie był bar, miała kształt litery L. Druga sala mniejsza mieściła się naprzeciwko baru , a w niej było rozstawionych 6 stolików i przeznaczona była dla gości spożywających posiłki w porze obiadowej lecz po tym czasie można było ją wykorzystać w innym celu i tam właśnie znaleźliśmy miejsce. W Żeglarzu były zawsze tłumy , a miejsca nie za dużo.

No w końcu zasiedliśmy , dwa łyki piwa i można było przystąpić do rozmowy , gadało się o różnych pierdołach, ale i też słuchało mimowolnie co mówią inni – zawsze jakieś nowe wiadomości się usłyszało.

Właśnie było tak i tym razem, tego nie zapomnę. Cedziliśmy spokojnie piwo podane w tradycyjnych kuflach, kiedy mężczyzna wyglądający tak na oko 50-tki może 55-ciu lat siedzący przy stoliku ze swoimi kompanami, zaczął opowiadać o rzeczach nie z tej bajki . Faktem jest ,a widać było po nim jak i po jego kumplach ,że mają troszeczkę dziabnięte lecz to nie miało żadnego wpływu na to o czym opowiadał jeden z nich.

Z tego co zrozumiałem wtedy facet mówił o jasnych świecących kulach wylatujących z ziemi w okolicy miejsca , gdzie mieszka. Kiedy to usłyszeliśmy cała nasza trójka zamilkła i zaczęliśmy nasłuchiwać tego co dalej mówił nieznajomy.


„… widziałem to na własne oczy – kontynuuje te kule są wielkości piłek do gry na boisku choć niektóre wydają się mniejsze, a niektóre większe. Te światła wtedy latają tak jakby czegoś szukały. Jak widzę je patrząc przez okno to strach mnie ogarnia , wyczuwam niepokój , ale kiedyś poszedłem na pole pod wieczór – nie spodziewałem się tego , a nawet mi przez głowę nie przeszło co może się przydarzyć . „

… idę tak sobie , aż tu na raz wylatuje taka rozświetlona mglista kula tuż przed nosem , poleciała w górę i się zatrzymała bez ruchu, a potem jeszcze dwie następne. Poczułem zdrętwienie w kończynach, chciałem stamtąd uciec , ale nie mogłem coś mnie trzymało jak psa na łańcuchu. Poczułem zimny pot na plecach, ruszyć się nie mogłem ani nawet zająknąć

– Nie wiem co się stało . Po chwili kula ta, która poleciała wyżej zatrzymała się przede mną zaczęła wirować w poziomie i poczułem coś jakby mowę – mowę jak za światów ,że mam odejść z tego miejsca jak najszybciej to było mojej głowie , a może to strach …?

Ludzie.. kontynuował nieznajomy , ja się prawie posrałem w gacie. Dwie inne kule latały dalej , ale dookoła nas w sposób dość chaotyczny .

… po chwili , ale nie wiem ile czasu to zajęło , straciłem rachubę

- spod ziemi wyleciała ogromna kula wielkości domu ,podobna do tych mniejszych tylko jakby spłaszczona , na początku powoli , później wyglądała tak jakby się obracała i z dziwnym brzęczeniem pomknęła w powietrze. Obiekt wznosząc się ku niebu tracił swą mglistą powłokę przeobrażając się w nicość.

– kiedy opuściłem głowę nie było już niczego nawet dziurki w ziemi, ale tam coś jest cały czas – mówił . To spowodowało ,że uciekłem tu do Janikowa i wolę mieszkać w hotelu robotniczym niż tam.

- Kiedy to usłyszałem , ciarki przeszły mi po plecach, ale to spowodowało ,że postanowiłem zająć się tym zagadnieniem na dłużej i tak siedzę w tym do dnia dzisiejszego.

Romek i Arek postanowili iść już do domu był już wieczór może godzina 21.00 pożegnaliśmy się tradycyjnym uściskiem dłoni na odchodne.

Postanowiłem zaczekać ,aż ów człowiek będzie opuszczał lokal wtedy chciałem go namówić jeszcze na małą pogawędkę , a że knajpa była czynna tylko do 22.00 w tamtych czasach tak lokale funkcjonowały, a mi godzina różnicy mi nie robiła.

Było tak jak pomyślałem za kwadrans dziesiąta facet szykował się do wyjścia, postanowiłem iść za nim , jak już wyszedł na zewnątrz podszedłem do niego przedstawiłem się i powiedziałem ,że słyszałem jego opowieść tą sprzed godziny i jestem bardzo zainteresowany tym co jeszcze tam się wydarzyło.

Popatrzył podejrzliwie na mnie i rzekł :

- „wy wszyscy słuchacie tego co mówię bo to ciekawe , ale i tak na końcu śmiejecie się i na głupca wychodzę”

Nie. Odparłem stanowczo.

– jestem poważnie zainteresowany i chce porozmawiać jeszcze o tym co tam się wydarzyło . Popatrzył raz jeszcze na mnie , zastanawiając się jakiś czas po czym rzucił cicho:

- a „raz kozie śmierć” mam na imię Leon

- To był mój pierwszy „kontakt”.

Poszliśmy w kierunku mostu wzdłuż alei kasztanowej oddzielającej ulicę od nasypu za którym były tory kolejowe i kiedy już upewniłem się , że nikt nam nie będzie przeszkadzał w konwersacji.

Pierwsze pytanie jakie padło to z jakiej miejscowości pochodzi i gdzie takie anomalia występują ?

... Boję się o tym mówić z nieznajomymi odparł cicho Leon , miejscowi uznali mnie za wariata – to boli , ale daje sobie radę inni zawsze będą szukać dziury w całym. Zrozumiałem w tym jednym zdaniu , że facet wie co mówi i na pewno nie jest takim idiotą jakiego robią z niego ludzie , ale dalszy brak wiedzy na ten temat nie dawał mi spokoju więc ciągnąłem dalej

– no to Leon , gdzie ty w końcu mieszkasz?
- Wiesz , gdzie jest Wylatowo?
- Wiem odparłem ,choć jeszcze tam nie byłem.

Dla pewności zapytałem - to ta wieś koło Mogilna tak?

… Tak odpowiedział Leon , tam też mamy takie fajne jezioro jak tu w Janikowie tylko co z tego jak jeden Bóg raczy wiedzieć co w ziemi siedzi.

To jakieś 20 km stąd , ale gdybyś przyszedł do mnie , tam na miejscu na pewno nie gadał bym z tobą ani przez chwilę. Tutaj czuję większą swobodę.

I dzięki ci za to – pomyślałem. Wiesz Leon ty mi opowiadaj o tym co wiesz co tam zaszło , a ja będę słuchał i tylko co jakiś czas jak czegoś nie zrozumiem to zadam ci pytanie

– Dobrze?

- Dobrze niech tak będzie -odparł Leon . To co słyszałeś to jest prawda, ale takie rzeczy działy się już wcześniej , wiem to od mojej już nieżyjącej matki. Były to czasy powojenne – ludzie byli zajęci zupełnie innymi sprawami i nie dostrzegali zjawisk , które nie miały dla nich większego znaczenia. Wylatowo to tylko jedna mała wieś zaś teren na , którym dochodziło i dochodzi do podobnych zjawisk jest o wiele rozleglejszy niż może ci się wydawać. Tu ludzie wiedzą dużo tylko nie chcą się angażować , żeby nie wyjść na tym tak jak ja.


To co mówił Leon jakoś zaczęło składać się w pewną całość z tym co ogólnie ludziska gadali na różne tematy w wieczory w gronie rodzinnym jak szukało się tematów zastępczych, a słuchało się tego jak opowieści z najlepszych bajek choć pewnie nimi nie były i nie są do dzisiaj.

Z Leonem spotkałem się jeszcze dwa razy, ale ten ostatni raz był dziwny. Leon przyszedł na spotkanie taki nieswój coś go trapiło był blady , miał podkrążone oczy jakby nie spał przez całą noc lecz starał się tego nie okazywać.

Zaniepokoiło mnie to więc starałem się z niego wyciągnąć co jest bezpośrednią przyczyną zmiany ? Popatrzył na mnie z politowaniem i powiedział „Co ty możesz wiedzieć o tych rzeczach to trzeba odczuć na własnej dupie”

Nie mogłem tego zrozumieć , ale przeczucie mnie nie myliło Leon wiedział więcej niż mi powiedział do tej pory, ale strach zdominował go na tyle ,że nie pozwalał mu na większe rozluźnienie pomimo deklaracji . Próbowałem wyciągnąć z niego jak najwięcej bo wiedziałem ,że drugiej takiej możliwości- „kontaktu” nie znajdę od razu. Ten 50-cio letni człowiek czegoś się bał i to nie na żarty. W końcu przejąłem inicjatywę i stanowczym głosem powiedziałem Leon k…. o co chodzi widzę , że się boisz tylko powiedz mi czego ?

Widocznie te słowa zadziałały w jakiś tam sposób bo po chwili oznajmił mi – … dobrze powiem - widzisz mówiłem ci ,że moja matka nie żyje to fakt lecz jak umarła to jest zastanawiające . Kiedy umierała wypadały jej włosy miała konwulsje , wychodziły paznokcie, a na ciele pojawiały się ciemne plamy. Więc powiedz mi studenciku z czym ci się kojarzą te fakty ?

Nie miałem żadnych wątpliwości ,że chodzi tu o chorobę popromienną czy coś o podobnym działaniu , ale jak i w jakich okolicznościach kobieta mogła zostać napromieniowana nie mając styczności z pierwiastkiem emitującym promieniowanie. Z tego co mi było wiadome żadne złoża tego pierwiastka nie były znane w tym regionie od zawsze.

Lekarz wezwany do domu potwierdził zgon pobladł na sam widok zmarłej lecz nic rzeczowego nie powiedział . Dwa dni później po terenie jego domostwa chodziła grupa ludzi ubranych w białe fartuchy z jakimiś urządzeniami.

Odpowiedź była tylko jedna matka Leona musiała mieć kontakt z ORBSami , a właściwie z ich technologią – teraz to mówię bez wahania bo wiem lecz w trakcie rozmowy z biednym Leonem mogłem się tylko domyślać. To co roiło się w moich domysłach po słowach jakie usłyszałem , nie pozostawiały złudzeń – Leon mógł być u nich wewnątrz .

Ostanie słowa brzmiały następująco :

…. „Tam głęboko pod ziemią oni mają swoją bazę jest to coś na wzór naszego miasta jest ich tam bardzo wielu , wiedz o tym ,że takich baz jest więcej i są to tacy sami ludzie jak my tylko z innego czasu , a ich odzienia kształtują ich wygląd zewnętrzny i nie są nam przychylni”


Więcej Leona już nie spotkałem, człowiek zniknął bez śladu. Ostatnią osobą , która go widziała to była recepcjonistka z hotelu w którym mieszkał . Kobieta mogła powiedzieć tylko tyle ,że widziała wchodzącego Leona na górę ok. godz. 22.15 , a już rano kiedy inni szli do pracy na godz. 6.00 w cukrowni nikt go nie widział. Po północy nikt już nie wchodził i nie wychodził z hotelu. Dzienną zmianę w recepcji miała inna kobieta, która po telefonie od kierownika zmiany zakładu , że Pan Leon nie pojawił się na zmianie poszła sprawdzić czy go nie ma w pokoju? Jak sama stwierdziła na stole stała zaparzona w szklance zimna kawa i łóżko przygotowane do spania lecz bez śladu , aby ktoś w nim przebywał. Ubranie w którym był widziany po raz ostatni przez recepcjonistkę było przewieszone na poręczy krzesła.

Ja też miałem z tego powodu troszkę problemów -byłem jednym z ostatnich , którzy go widzieli i rozmawiali z nim.

Należy tylko dodać ,że jesteśmy w roku 1966/67 .