niedziela, 22 grudnia 2019

POTĘŻNA EKSPLOZJA NA SŁOŃCU .. naukowcy tego oczekiwali ???



Eksplozja na Słońcu, jakiej dotąd nie widziano


Amerykańska agencja kosmiczna zaobserwowała na powierzchni naszej gwiazdy nowy typ eksplozji magnetycznej. Naukowcy teoretyzowali o nim już około 15 lat temu, jednak dopiero teraz zauważono go dzięki obserwatorium dynamiki Słońca.


Przykładowa protuberancja słoneczna widziana w ultrafiolecie (NASA/SDO AIA Team)

Obserwatorium Dynamiki Słonecznej NASA zaobserwowało magnetyczną eksplozję, której dotąd nigdy nie widziano.

Jak do niej doszło? Duża pętla materiału uruchomiona przez erupcję na powierzchni Słońca - nazywana protuberancją - powstała w górnych partiach słonecznej atmosfery. Zaczęła opadać na powierzchnię naszej gwiazdy. Jednak zanim opadła, dostała się w linie pola magnetycznego, co wywołało kolejną eksplozję.

Naukowcy widzieli już wcześniej takie szybkie zmiany w układzie linii pola magnetycznego. Proces ten znany jest jako rekoneksja magnetyczna. Do tej pory astronomowie nie zaobserwowali jednak tego zjawiska, wywołanego przez pobliską erupcję.

Obserwowane dotychczas rozrywanie i łączenie linii pola magnetycznego (czyli rekoneksji magnetycznej) były "spontaniczne". To nowe zjawisko nazwane zostało "wymuszoną rekoneksją" (po ang. forced reconnection).


Zaobserwowana wymuszona rekoneksja na Słońcu (NASA/SDO/Abhishek Srivastava/IIT(BHU)​)


Ustalenia dotyczące obserwacji naukowcy opublikowali w czasopiśmie naukowym "The Astrophysical Journal". Obserwacja potwierdza to, o czym naukowcy jedynie teoretyzowali od kilkunastu lat. Może teraz pomóc w zrozumieniu zjawisk zachodzących w atmosferze Słońca, przewidywaniu kosmicznej pogody oraz doprowadzeniu do przełomu w laboratoryjnych eksperymentach plazmowych.


" CZARNY PAPIEŻ " to o nim mówili Malachiasz oraz Nostradamus... czyli dni ostatnie się zbliżają ..?!

MAMY CZARNEGO PAPIEŻA!
 Teraz tylko czekać na koniec świata

Pamiętacie jak informowaliśmy Was wczoraj o nadchodzącym końcu świata, który wieszczyli święty Malachiasz oraz Nostradamus? Tak - teraz mamy dla Was dowody, że koniec świata już się zbliża, już puka do naszych drzwi!

Niektórzy powiedzą, że to nadinterpretacja, ale pamiętajcie - ziarnko prawdy znajdzie się nawet w najbardziej nieprawdopodobnej historii! Otóż wczoraj pisaliśmy o przepowiedniach, które zwiastują koniec świata.

Jorge Bergoglio, Franciszek I
Papież Franciszek, Jorge Mario Bergoglio (ur. 17 grudnia 1936 roku w Buenos Aires) - argentyński duchowny katolicki, arcybiskup Buenos Aires, kardynał Kościoła rzymskokatolickiego. 13 marca 2013 roku wybrany na Papieża.

A teraz w skrócie. Otóż zwiastunem nadchodzącej apokalipsy miał być "czarny papież". Nie oznacza to jednak, że musi być czarnoskóry. Przypomnijmy, że Benedykt XVI uważany był za czarnego papieża z tego powodu, że w herbie Ratzingerów była czarna głowa. Miał także inne powiązania świadczące o byciu "czarnym", ale wróćmy do obecnego papieża, Franciszka.

Otóż Franciszek jest jezuitą. A przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego nazywany jest czarnym papieżem! Co prawda Bergoglio wybrany przez kongregację generalną, w której biorą udział prowincjałowie oraz delegaci wybrani na kongregacjach prowincji nigdy nie został. W styczniu 2008 generałem zakonu wybrano Hiszpana z prowincji japońskiej o. Adolfo Nicolása SJ.

Ale jako głowa Kościoła, jezuita - pewnie według przepowiedni można podciągnąć to pod bycie czarnym papieżem, a tym samym zwiastunem końca świata.





Towarzystwo Jezusowe, czyli popularnie zakon jezuitów, przeżywa aktualnie ważne chwile. W Rzymie obraduje Kongregacja Generalna, którą stanowi zespół 226 delegatów z całego świata. Mają oni za zadanie dokonać wyboru nowego przełożonego generalnego zakonu. W Konstytucjach Towarzystwa Jezusowego mowa jest o tym, że funkcję tę sprawuje się dożywotnio. Obecny generał, ojciec Peter Hans Kolvenbach, objął swój urząd we wrześniu 1983 roku. Zbliżając się do 80. roku życia, poprosił Ojca Świętego o możliwość złożenia urzędu z racji zaawansowanego wieku. Po otrzymaniu zgody ze strony Papieża rozpoczęto procedurę przygotowawczą do wyboru nowego przełożonego całego zakonu.

W związku z tym wydarzeniem w wielu tytułach prasowych można znaleźć artykuły na temat jezuitów. Zwykle powiela się w nich stereotypy utrwalające obrazy z czarnych legend, w których nie przebierali oni w środkach, aby rozszerzać wpływy i budować swoją potęgę. Współcześnie bardziej powiela się mit o wyjściu jezuitów poza oficjalne nauczanie Kościoła, a nawet brak pełnego posłuszeństwa Papieżowi. Wybieganie naprzód i chodzenie po krawędzi powoduje czasami niezrozumienie oraz zamieszanie, którego nie uniknęli w historii prorocy i reformatorzy pragnący otworzyć Kościół na nowe czasy.

Wartość życia zakonnego polega na tym, że stwarza ono przestrzeń osobistego doświadczenia Pana Boga, czyli znalezienia tego, co najważniejsze. Jest to droga zawierzenia i ryzyka, ponieważ wszystko stawia się na Pana Boga. Wielkim darem życia zakonnego jest wspólnota ludzi o podobnych ideałach, czyli budowanie przyjaźni na fundamencie wiary.

Bardzo ważne w odniesieniu do wszystkich zakonników pozostaje dzisiaj bliższe określenie ich tożsamości. Kościół staje się obecnie coraz bardziej Kościołem ludzi świeckich, którzy podejmują zaangażowanie w przemianę rzeczywistości jako „sól ziemi i światło świata". Wydaje się, że słabnie świadomość znaczenia życia zakonnego, ponieważ jest dla niego w Kościele jasna alternatywa.

Trzeba także bliżej określić tożsamość w odniesieniu do współczesnej kultury. Odrywa się ona coraz bardziej od swoich chrześcijańskich korzeni. To sprawia, że w życiu zakonnym pojawiają się niepewność i zamieszanie zarówno w praktyce ślubów, jak i w strukturach rządów. Czujemy, że tradycyjne struktury nie przystają do nowego sposobu myślenia i wrażliwości młodych ludzi. Kościół czeka więc z uwagą na owoce rzymskiego spotkania jezuitów. Kim będzie „czarny papież" i co zrobi jego armia?

Nowym przełożonym generalnym Towarzystwa Jezusowego wybrany został o. Adolfo Nicolás


Copyright © by Przewodnik Katolicki (3/2008)

Ostatni papież w/g Malachiasza


Ostatnie, najdłuższe hasło brzmi:
„ In persecutione extrema S.R.E. sedebit Petrus Romanus, qui pascet oves in multis tribulationibus: quibus transactis civitas septicollis diruetur, & Iudex tremendus iudicabit populum suum. Finis. ”

„ W czasie najgorszego prześladowania Świętego Kościoła Rzymskiego, [na tronie] zasiądzie Piotr Rzymianin, który będzie paść owce podczas wielu cierpień, po czym miasto siedmiu wzgórz [Rzym] zostanie zniszczone i straszny Sędzia osądzi swój lud. Koniec. ”


W związku z wyborem następcy Benedykta XVI (opisywanego jako Gloria olivae), oraz w związku z faktem, że Petrus Romanus jest następnym po Gloria olivae i jednocześnie ostatnim hasłem na liście Malachiasza (co sugeruje, że ów papież ma być ostatnim papieżem zanim nastąpi koniec świata), pojawiły się liczne spekulacje na temat tego imienia i papieża, którego ma dotyczyć.

Generalnie wielu zwolenników przepowiedni próbuje przypisać to imię obecnemu papieżowi Franciszkowi, wskazując m.in. na fakt, że papież wybrał imię Franciszek na cześć Franciszka z Asyżu, którego ojcem był Pietro Bernardone. Inni wskazują na świeckie nazwisko papieża, Bergoglio, które próbują przedzielić na dwa człony: w utworzonym kalamburze człon: berg, miałby oznaczać górę, która tematycznie kojarzy się ze skałą (Petrus czyli Piotr), a Oglio jest włoską nazwą rzeki w północnych Włoszech (odległy związek z Romanus, czyli Rzymianin). Jeszcze inni wskazują na fakt, że pochodzący z Argentyny Jorge Mario Bergoglio jest synem włoskich imigrantów (kolejny związek z Romanus). Wśród kolejnych interpretacji są również następujące: papież w dniu elekcji poprosił zgromadzonych ludzi o modlitwę za siebie i za Rzym, a także wybrał zupełnie nowe imię, więc jest bez numeracji, tak jak Piotr.

Brak numeru przy ostatnim zapisie na liście może jednak sugerować, że przed nim nastąpi jeszcze dowolna liczba innych papieży (z których pierwszym lub jedynym miałby być papież Franciszek). Byłoby to zgodne z innymi przepowiedniami (np. Sybilla: Jeśli dobrze czynić będą i Bogu posłuszeństwo oddadzą, On doda im lat; jeśli zaś Boga obrażać będą i w grzechach brnąć, Bóg odpłaci im się i skróci liczbę lat istnienia świata.). Można zatem przepowiednię Malachiasza potraktować jako listę papieży od Celestyna II do Benedykta XVI, z dodatkową notką na temat tego, który będzie ostatni.


Papież Franciszek ma w herbie m.in. Słońce z wpisanym Chrystogramem i gwiazdę





Królowa Saba z kolei przepowiadała: "...w tych dniach na stolicy Mesjasza papież Piotr będzie siedział, drugi z rodziny Rzymianin. Święty Apostoł Pański pierwszym papieżem będzie, który zacznie paść trzodę Chrystusa, a Piotr drugi reszty dokona. Po nim już żadnego papieża nie będzie."

Wszystkie te przepowiednie łączy wspólne zakończenie. Według trzech podań ostatnim papieżem będzie "Petrus Romanus" (Piotr Rzymianin). Może on być Włochem lub papieżem innej rasy, który przyjmie imię Piotr II.

Św. Malachiasz
"W czasie najgorszego prześladowania Świętego Kościoła Rzymskiego [na tronie] zasiądzie Piotr Rzymianin, który będzie paść owce podczas wielu cierpień, po czym miasto siedmiu wzgórz [Rzym] zostanie zniszczone i straszny Sędzia osądzi swój lud".

Przepowiednie Nostradamusa
"Z powodu śmierci bardzo starego papieża wybrany zostanie Rzymianin w bardzo dobrym wieku. Będzie się o nim mówiło, że osłabi Tron, jednak będzie go długo dzierżył w bólu".

Czy któraś z tych przepowiedni ma szansę się sprawdzić?


czwartek, 19 grudnia 2019

rabin Ben-Zion Gopstein chce wypędzić chrześcijan z Ziemi Świętej i całego Izraela, a także zakazać święta Bożego Narodzenia.

Rabin Gopstein: 
Spalić kościoły, zakazać świąt, wygnać chrześcijan!





Chrześcijanie to „wampiry”, które, gdy tylko będą mogły, zaczną wysysać żydowską krew.

W dodatku chrześcijanie dopuszczają się prób nawracania na wiarę w Jezusa Chrystusa żydów.

To zbrodnia, której dopuszczają się tylko z jednego powodu: bo nie mogą już Żydów swobodnie mordować!

Takie pomysły rabin Gopstein przedstawił na jednej z ekstremistycznych żydowskich stron internetowych.


Najprawdopodobniej nie spotka go za to żadna kara, bo radykał dobrze wie, co robić, by pozostać w zgodzie z izraelskim prawem.

W sierpniu tego roku ten sam rabin wzywał mianowicie do palenia chrześcijańskich kościołów! Pozostał bezkarny, bo tłumaczył, że tak uważał wielki żydowski filozof Majmonides, a poza tym kościoły powinno palić państwo izraelskie.

Nikogo więc jakoby do podpaleń nie namawiał…

A że przypadkiem żydowscy ekstremiści naprawdę podpalają chrześcijańskie kościoły? To rabina już pewnie nic nie obchodzi. Obchodzi za to samych chrześcijan, na przykład niemieckich benedyktynów, których klasztor położony nad Jeziorem Tyberiadzkim został podpalony w czerwcu tego roku.

Sprawcy zostali wprawdzie ukarani, ale biskupi Ziemi Świętej nie mają wątpliwości: chrześcijanie w Izraelu nie są odpowiednio chronieni, państwo robi dla nich zdecydowanie zbyt mało.


Cóż… Czy wyobrażamy sobie, żeby ktoś w Polsce podżegał do palenia synagog, a następnie nazywał Żydów „wampirami” i „wrogami”, nawoływał do zakazu praktykowania ich świąt i wreszcie do wygnania ich z kraju? Oczywiście – nie.

Tymczasem w Izraelu robi to niejaki pan Goptein – i ma się jak na razie świetnie…

https://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/middleeast/israel/11786802/Burning-of-Christian-churches-in-Israel-justified-far-Right-Jewish-leader-says.html

https://www.timesofisrael.com/radical-jewish-groups-head-advocates-burning-churches/

W taki sposób można promować rozumienie judaizmu w Niemieckiej armii ....

Niemcy. 
Rabini zostaną kapelanami w Bundeswehrze

Niemiecki rząd finalizuje umowę z Centralną Radą Żydów w Niemczech. Na jej mocy rabini będą mogli służyć jako kapelani w wojsku.



Teraz decyzję rządu musi jeszcze poprzeć parlament. Dotychczas kapelanami w niemieckim wojsku byli jedynie protestanccy i katoliccy duchowni. "Po stu latach znowu powołamy żydowskich kapelanów w Bundeswehrze. To jasny sygnał: żydowskie życie jest czymś oczywistym w naszym kraju" - napisała na Twitterze minister obrony Niemiec Annegret Kramp-Karrenbauer.

Żydowscy kapelani mieliby świadczyć pomoc duchową nie tylko żydom służącym w niemieckiej armii, ale też innym osobom, niezależnie od ich wiary (podobnie jak duchowni innych wyznań), zarówno w Niemczech jak i na zagranicznych misjach.
Kapelani dla wszystkich

Rabini mieliby też formułować opinie na temat kwestii etycznych i działania Bundeswehry. "W taki sposób można promować rozumienie judaizmu i społeczności żydowskiej w Republice Federalnej Niemiec” wyjaśnia oświadczenie rządu.

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Walery Uwarow - Dziwne konstrukcje



Część I.

Miejscowość, o której będzie mowa, można scharakteryzować jako trudno dostępne błota porośnięte niemalże niedostępną tajgą na obszarze niemalże 100 000 km2 - vide ryc. 1. Krążą o tym terenie ciekawe opowieści o rozmieszczonych na nim metalicznych obiektach nieznanego pochodzenia.

A zatem w celu rzucenia światła na to, co się tam dzieje, postanowiliśmy przybliżyć Czytelnikom dawne legendy, jakie opowiada się o tej krainie. Poza tym udało się ustalić pewne elementy miejscowej paleotoponomiki (nauka zajmująca się znaczeniem dawnych nazw obiektów geograficznych - przyp. tłum.) i one dziwnym sposobem zlały się w jedno z dawnymi legendami. Wszystko wskazuje na to, że legendy i współczesne pogłoski wskazują na konkretne rzeczy i zjawiska.

Dawno temu poprzez Dolinę Śmierci przechodził dawny ewenkijski szlak koczowniczy - od Bodajbo do Annybaru i dalej na wybrzeże. Jeszcze do roku 1936 handlował tam kupiec Sawwinow, a kiedy wycofał się z interesu (zmusiło go do tego NKWD - przyp. tłum.), to mieszkańcy definitywnie porzucili te miejsca.

Na koniec, podstarzały kupiec i jego wnuczka Zina postanowili wyjechać do Sjuldjukaru. Gdzieś tam w rejonie międzyrzecza Chełdju - co oznacza w wolnym przekładzie z ewenkijskiego "Żelazny Dom" - dziadek doprowadził wnuczkę do niewielkiej, przypłaszczonej, czerwonawej kopuły, gdzie za ślimakowatym wejściem w dół pojawiło się wiele metalowych pomieszczeń, w których zanocowali.
Jak zapewniał ja dziadek, nawet w najtęższe mrozy (a bywają tam mrozy do -50oC - przyp. tłum.) jest tam tak ciepło, jak w lecie. Dawniej wśród miejscowych myśliwych byli tacy odważni, którzy nie bali się dłużej odpoczywać i obozować w tych pomieszczeniach. Ale potem zaczynali oni ciężko chorować, a ci, którzy odpoczywali tam kilka razy pod rząd, szybko opuszczali ten padół... Jakuci mówili, że to miejsce jest "ubogie, nawiedzone i oni tam nie chodzą". Na temat lokalizacji tych konstrukcji wiedzieli tylko staruszkowie, którzy od młodości zajmowali się polowaniem i swego czasu często zapuszczali się w te miejsca. Wiedli oni życie koczownicze i wiedzieli o osobliwościach tej miejscowości - gdzie można było bezpiecznie chodzić, a gdzie nie wolno, co było podyktowane życiową koniecznością. Ich potomkowie wiedli już życie osiadłe, i dlatego te informacje z wiekiem zostały utracone. Współcześnie na te miejsca wskazują jedynie ich nazwy i stugębne plotki. A każdy z tych toponimów, to setki czy nawet tysiące kilometrów kwadratowych...





W roku 1936, na brzegach rzeki Ojgułdach (lit. "miejsce z kotłem" - przyp. aut.) pewien geolog idąc za wskazówkami starców, znalazł wystającą spod ziemi gładką, metaliczną półkulę, czerwonawego koloru, o dużej średnicy i ostrą jak brzytwa krawędzią. Grubość jej ścianki wynosiła 2 cm, zaś wychodziła z ziemi na 1/5 swej średnicy. Wjazd do niej był tak wysoki, że człowiek mógł wjechać do jej wnętrza na reniferze (ryc. 2a.). Wykonany przezeń opis wysłano do Jakucka.

W roku 1979, odkrytą przez geologa półkulę usiłowała odnaleźć ekspedycja archeologiczna z Jakucka. Z nią był stary przewodnik, który w młodości widział to "coś" nie jeden raz, ale wedle jego słów, miejsce to bardzo się zmieniło i oni wrócili z niczym. Należy tutaj dodać, że można w tajdze przejść 10 kroków od poszukiwanego obiektu i go nie zauważyć, tak że do dnia dzisiejszego można go znaleźć tylko przez szczęśliwy traf. (To prawda, tajga nie ma niczego wspólnego z europejskimi lasami - to bardziej dżungla, niż las w naszym tego słowa rozumieniu - uwaga tłum.)
Jeszcze w ubiegłym stuleciu, znany badacz Wiluja - R. Maak - odnotował:

W Suntarze (jakuckim osiedlu - przyp. aut.) opowiedziano mi, że w górnym dorzeczu Wiluja znajduje się rzeczka Ałgyj Timirbit' (co w przekładzie na rosyjski oznacza tyle, co "wielki kocioł utonął" - przyp. aut.) wpadająca do Wiluja. Niedaleko od jej brzegu, w lesie, znajduje się gigantyczny kocioł zrobiony z miedzi. Jego wielkość jest nieznana, bowiem nad ziemią widoczna jest jego krawędź, ale rośnie w nim kilka drzew. (1853 r.)

Tenże fakt odnotował także badacz dawnych kultur Jakucji - N. D. Archipow: ... Wśród mieszkańców basenu rzeki Wiluj od dawna istnieje podanie o dziwnych konstrukcjach w górnym biegu tej rzeki, o ogromnych kotłach z brązu - ołgujewach. Podanie to zasługuje na uwagę, także jak i tereny, gdzie znajdują się te mityczne kotły, gdzie płynie kilka rzeczek mających w nazwach słowo "Ołgujdach" - co znaczy "kotłowa".

A oto cytaty z listu, nadesłanego przez jeszcze jednego człowieka, który zwiedził Dolinę Śmierci. Michaił Korieckij z Władywostoku (ryc. 3.) pisze tak:

Byłem tam trzy razy. Po raz pierwszy w 1933 roku, kiedy miałem jeszcze 10 lat, kiedy wraz z ojcem jeździłem tam na zarobek. Potem w 1937 roku - już bez ojca. I ostatni raz w roku 1947 - w składzie grupy młodzieżowej.

Dolina Śmierci ciągnie się wzdłuż prawego dopływu rzeki Wiluj. Faktycznie jest to cała seria dolin rozciągnięta wzdłuż rzeki. We wszystkich razach byłem tam z przewodnikiem - Jakutem. Szliśmy tam nie w celach turystycznych, a z konieczności musieliśmy w tej głuszy leśnej płukać złoto, nie czekając w końcu sezonu na ograbienie i kulę w potylicę...

Co się zaś tyczy tajemniczych obiektów, jest ich tam naprawdę dużo, a to dlatego, że w czasie trzech sezonów widziałem tam siedem takich "kotłów". Wszystkie one wyglądały nadzwyczaj zagadkowo: 1. - rozmiary: od 6 do 10 m średnicy; 2. - zrobione one były z niepojętego metalu. Pan pisał, że one były z miedzi, ale nie sądzę, by to była miedź. Rzecz w tym, że "kotła" nie bierze żadne narzędzie tnące czy skrawające, a próbowałem nieraz. Metal ten nie odłamuje się i nie jest kowalnym. Na miedzi młotek zostawia obowiązkowo ślad uderzenia. A ta "miedź" pokryta jest jeszcze warstewką jakiegoś materiału podobnego do szmergla. Nie jest to warstwa pasywacyjna tlenku tego metalu - tego nie można ani odkuć ani odciąć.
Nie natknęliśmy się na studnie z pomieszczeniami uchodzącymi w głąb ziemi - vide ryc. 2b, ale stwierdziłem, że roślinność wokół tych "kotłów" jest nienaturalna. Zupełnie niepodobna do roślin, które porastały dookoła nas. Była bardziej bujna: ogromnolistne łopuchy, długie a nawet bardzo długie łoziny, dziwna trawa - 1,5 - 2 razy wyższa od człowieka. W jednym z kotłów wypoczywaliśmy całą sześcioosobową grupą. Nie odczuwaliśmy niczego złego i wyszliśmy stamtąd bez jakichkolwiek złych następstw. Nikt po tym poważnie nie zachorował. Ale jednemu z moich znajomych w ciągu miesiąca wypadły wszystkie włosy. A u mnie po lewej stronie głowy - na której spałem - pojawiły się trzy małe wrzody, o rozmiarach główki zapałki każdy. Leczyłem je potem przez całe życie, ale one nie zagoiły się do dziś dnia...

Wszystkie nasze próby odłamania chociażby kawałka tajemniczego metalu z "kotła" spełzły na niczym. Jedno co mi się udało stamtąd wynieść, to kamień. Ale nie taki zwyczajny - to była połowa idealnej kuli o średnicy 6 cm. Był on koloru czarnego i nie nosił jakichkolwiek widocznych śladów obróbki, ale był bardzo gładki - jakby wypolerowany. Podniosłem go z ziemi wewnątrz jednego z tych "kotłów". Ten jakucki suwenir przywiozłem ze sobą do wsi Samarki (Rejon Czugujewski, Primorskij Kraj), gdzie mieszkali moi rodzice w 1933 roku. Leżał sobie gdzieś do czasu, kiedy babcia zdecydowała się na remont domu. Trzeba było wstawiać szyby do okien, a diamentu do cięcia szkła nie było w całej wsi. Spróbowałem zatem ciąć szkło krawędzią tej kamiennej półkuli - okazało się, że ów kamień tnie szkło z zadziwiającą lekkością, więc potem moim kamieniem jak diamentem posługiwali się wszyscy moi krewni i znajomi. W 1937 roku dałem ów kamień dziadkowi, którego jesienią aresztowali i wywieźli do Magadanu, gdzie bez sądu i wyroku przebywał do 1968 roku i tamże zmarł. Teraz nikt nie wie, co się dzieje z moim kamieniem...

W swym liście Michaił Korieckij podkreśla, że w 1933 roku jakucki przewodnik mówił mu, że 5-10 lat temu znalazł on kilka "kulistych kotłów" (były one absolutnie kuliste), które wysoko (wyżej od człowieka) wystawały z ziemi. Wyglądały na zupełnie nowe. A potem myśliwy ów widział je rozbitymi i porozrzucanymi po okolicy.

Korieckij stwierdza, że był dwukrotnie w jednym "kotle", i że z biegiem lat ów "kocioł" zagłębił się coraz bardziej w ziemię. (A raczej w wieczną zmarzlinę, która tam występuje - przyp. tłum.)

Badacze z miasta Mirnyj - A. Gutieniew i J. Michajłowskij oświadczyli, że 1971 roku pewien stary ewenkijski myśliwy opowiedział im o tym, że w rejonie międzyrzecza Njurgun Bootur (co oznacza dosł. "Ognisty Bohater" - przyp. aut.) i Ataradak (lit.: "Miejsce z Trzygranną Ostrogą" - przyp. aut.) wystaje z ziemi to, co nadało nazwę całej tej miejscowości - "Bardzo Wielka Trójgranna Żelazna Ostroga" - vide ryc. 4. Natomiast na międzyrzeczu Cheljugir (dosł.: "Żelaźni Ludzie" - przyp. aut.) znajduje się żelazna nora w której leżą chudzi, czarni i jednoocy ludzie w żelaznych pancerzach. Powiedział też, że może przyprowadzić tam ludzi, bowiem jest to zupełnie niedaleko, ale nikt mu nie uwierzył. Niestety, już nie ma go wśród żywych...
Jeszcze jeden z ciekawych obiektów został utracony przy budowie zapory na Wiluju (Wilujska Elektrownia Wodna - WEW - zob. ryc. 5), niedaleko od miasta Erbije. Według opowiadania budowniczego WEW, kiedy otwierali kanał odwadniający i osuszyli dno zbiornika, to znaleźli pod nim wypukłą metalową ścianę czy płaszczyznę - lekko wypukłą. Plan się walił, terminy goniły i kierownictwo budowy WEW zdecydowało się nie zawracać sobie głowy naukowymi mrzonkami i kontynuować roboty.

Istnieje o wiele więcej opowiadań ludzi, którzy natknęli się na podobne konstrukcje, ale umiejscowić je w terenie jest niesłychanie trudno. (To jest zrozumiałe, bowiem w czasach ZSRR nie posługiwano się urządzeniami GPS, które byłyby w stanie podać długość i szerokość geograficzną danej miejscowości z dokładnością do kilku tysięcznych stopnia, co przekłada się w terenie do 6-10 m - uwaga tłum.)
Pewnego razu staruszkowie opowiedzieli, że przez uroczysko Tong Duuraj przepływa strumień Ottoamoch, (co znaczy dosłownie "Dziury w Ziemi" - przyp. aut.), i że tam znajduje się otwór do niewiarygodnych głębin jaskinnych, które nazywają tam "Rechocącymi bezdniami". Taka właśnie nazwa figuruje w legendach, gdzie mówi się, że zamieszkuje tam ogniowy smok, który spala wszystko dookoła. Dokładnie co każde 6-7 stuleci stamtąd wyrywał się w niebo cudowny "cudowny bolid", który odlatywał gdzieś w siną dal i - sądząc po kronikach innych narodów Syberii - wybuchał tam, albo wybuch następował nad miejscem wylotu, w wyniku czego miejscowość ta w promieniu setek kilometrów od epicentrum eksplozji zmieniała się w wypaloną pustynię z rozdrobnionymi jej energią skałami... (Prawdę powiedziawszy dziwnie kojarzy się to z wydarzeniami na Syberii, które miały miejsce w dniu 30 czerwca 1908 roku - chodzi o eksplozję/czy tylko jedną???/Tunguskiego Ciała Kosmicznego. Czyżby więc eksplodował taki "cudowny bolid" np. wskutek zderzenia z asteroidą, która prawie miała uderzyć w Ziemię??? - uwaga tłum.).

Jakuckie legendy zawierają wiele wzmianek o tajemniczych wybuchach, ognistych słupach i wzlotach ognistych kul - patrz ryc. 6 i 7. Wszystkie te zjawiska są związane w zagadkowy sposób z tajemniczymi metalowymi strukturami, spotykanymi w Dolinie Śmierci. (W roku 2001 odwiedził mnie w Jordanowie jakucki Polonus - pan Antoni Bonawentura Cywiński z Mirnego, którego żona - rdzenna Ewenkijka opowiadała mu m.in. o tajemniczych eksplozjach i zjawiskach świetlnych, które tamtejsza jakucka ludność obserwowała nad terenami dorzecza Wiluja w latach 60. XX wieku, jednakże wiązali oni te zjawiska bardziej z istnieniem tam wojskowego poligonu atomowego i przeprowadzanymi tam testami jądrowymi oraz z istniejącym tam zrzutowiskiem boosterów rakiet wystrzeliwanych z wojskowego kosmodromu Radzieckich/Rosyjskich/Wojsk Kosmicznych w Pliesiecku k./Archangielska, niż z tajemniczymi "kotłami". Rzecz ciekawa - pan Cywiński postanowił zasięgnąć na ten temat języka wśród Jakutów i nie odezwał się do nas już więcej. Czyżby z powodu "uciszenia" go przez rosyjską FSB, bo się dowiedział za dużo? - uwaga tłum.) Jedne z nich to są ogromne, okrągłe "żelazne domy", które stoją na wielu bocznych oporach - vide ryc. 8. Nie mają ani okien ani drzwi - jedynie na wierzchołku kopuły znajduje się "przestronny właz". Niektóre z nich już całkiem pogrążyły się w wieczną marzłoć, a na powierzchni pozostały tylko właśnie te wypukłości w formie kopułek - vide ryc. 9.

Naoczni świadkowie nie znający się nawzajem, opisują detalicznie tak samo "grzmiący żelazny dom na wspornikach" we wszystkich szczegółach.

Inne obiekty - rozrzucone po całym obszarze metalowe daszki-półkule (vide ryc. 2.), przykrywają nie wiadomo właściwie, - co. No, ale jakuckie legendy mówią o tym, że lśniące latające kule pochłania "miotająca dym i ogień paszcza" z "kłapiącym stalowym daszkiem".

Właśnie stąd wylatują także ogniste obiekty, których działanie wedle opisów, podobne jest do współczesnych wybuchów jądrowych. Tak zatem w czasie stulecia, do każdego wybuchu czy serii wybuchów, z "żelaznej paszczy" wylatywała szybko lecąca w powietrzu ogniowa kula i nie wytwarzając większych efektów leciała w górę w kształcie cienkiego ognistego słupa. Na jego wierzchołku tworzyła się następnie duża ognista kula. Rozlegały się cztery potężne grzmoty - raz za razem, pod rząd, wspinała się ona na jeszcze wyższy pułap i odlatywała, pozostawiając za sobą długi ognisto-dymowy ślad. A potem z daleka dochodziła kanonada potężnych wybuchów... W latach 50. tym praktycznie bezludnym terytorium, a raczej jego północną częścią, zainteresowali się wojskowi, którzy wykonali tam serię testów jądrowych eksplozji. Jednemu z nich towarzyszyły osobliwe okoliczności. Zagraniczni eksperci do dziś dnia nie potrafią zrozumieć tego, co tam się stało. Jak we wrześniu 1990 roku oznajmiła to niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, w roku 1954 przeprowadzono test urządzenia jądrowego o mocy 10 kt TNT. Z nieznanych przyczyn parametry wybuchu były o 2-3 tys. razy wyższe, niż zakładane, tzn. eksplozja ta miała moc 20-30 Mt, co zarejestrowały wszystkie stacje sejsmiczne świata. Przyczyna tego dziwnego wzmocnienia energii wybuchu pozostaje wciąż niejasna. Agencja TASS opublikowała oświadczenie, że w trybie alarmowym wypróbowano kompaktową głowicę wodorową, ale jak pokazał czas, "wyjaśnienie" to nie odpowiadało rzeczywistości.

Podczas tych eksperymentów, na tym terenie istniały strefy zakazane. Tajne prace trwały kilka lat.


Część II.

Spróbujmy zajrzeć w daleką Przeszłość, którą opisano w materiale epickim tutejszych mieszkańców.

Jak twierdzą przekazywane z ust do ust legendy, w tych dawnych czasach, kiedy się wszystko zaczynało, teren ten zasiedlali nieliczni koczownicy - Tunguzi. Pewnego razu ich odlegli sąsiedzi ujrzeli, jak naraz okutała ich nieprzenikniona mgła i okolicą wstrząsnął niesamowity huk. Rozpętał się niesamowicie silny huragan, a ziemią straszliwie zatrzęsło. Błyskawice i pioruny siekły niebo we wszystkich kierunkach. Kiedy wszystko ucichło i mgła się rozwiała, przed ich przerażonymi oczami rozpostarł się taki obraz: oto pośrodku wyniesionej ku górze ziemi stało lśniąca w słońcu jakaś konstrukcja, która była widoczna w promieniu wielu dni drogi od niej...

W ciągu następnych chwil urządzenie to emitowało nieprzyjemne, dręczące słuch hałas i powoli, stopniowo zmniejszało swą wysokość, póki nie znikło całkowicie pod ziemią. Na miejscu jego pogrążenia się w ziemi ziała ogromna "paszcza". Według opisów podanych w legendach, składała się ona z trzech "gardzieli" "rechocących bezdni". W jej jądrze znajdowała się ponoć wspaniała, podziemna kraina ze swym własnym "wyszczerbionym" słońcem. (Motyw ten wykorzystał m.in. radziecki pisarz-fantasta Władimir Afanasjewicz Obruczew /1863-1956/ w powieści "Plutonia" oraz Amerykanin - Edgar Rice Borroughs /1875-1950/ twórca Tarzana w opowieściach o Pellucidarze - przyp. tłum.) Z otworu dolatywał duszący fetor i dlatego w jego pobliżu nikt się nie osiedlał. (Podobny motyw został potem wykorzystany przez amerykańskich pisarzy: Howarda Phillipsa Lovecrafta (1890-1936) i Roberta E. Howarda (1906-1936) w ich opowiadaniach grozy i heroic fantasy - uwaga tłum.) Z pobliża otworu w ziemi widać było, jak nad jego wylotem od czasu do czasu pokazuje się "obracająca się wyspa", która okazywała się być klapą zasłaniającą ten otwór. Kto z ciekawości zapuścił się na to terytorium, już nigdy nie wracał...

Minęły całe stulecia. Życie toczyło się dalej swym torem... Nic nie zwiastowało jakichś wydarzeń, ale kiedyś doszło do niewielkiego trzęsienia ziemi i po niebie przeleciała cienka "ognista trąba powietrzna". Na jej wierzchołku pojawiła się oślepiająco jasna kula ognista. Kula ta przeleciała "grzmiąc czterokrotnie pod rząd" po poziomej trasie lotu, pozostawiła za sobą ognisty ślad, poleciała w stronę ziemi i zniknąwszy za horyzontem eksplodowała. Koczownicy byli niespokojni, czy ten "demon" nie uczyni im jakichś szkód, ale okazało się, ze eksplodował on nad sąsiednim plemieniem. W ciągu kilku dziesięcioleci historia się powtórzyła: "ognista kula" poleciała w tym samym kierunku i zniszczyła sąsiadów. Widząc, że ten "demon" jest jakby ich obrońcą, zaczęły o nim powstawać legendy i nazwano go Njurgun Bootur (Bator, Batur, Batyr, Baatar - w różnych językach Azji Centralnej - przyp. tłum.) - Ogniowy Bohater.
No, ale pewnego razu zdarzyło się coś, co przeraziło nawet najodleglejsze krainy... Z otchłani, z ogłuszającym hukiem i łomotem, wystrzelił ogromny ognisty bolid i... eksplodował wprost nad nią. Ziemia zatrzęsła się w straszliwym terremoto. Niektóre sopki (stożki wulkaniczne - przyp. tłum.) poprzecinały szczeliny o głębokości ponad 100 m. Po wybuchu długo jeszcze pluskało tam "morze ognia", nad którym parowała dysko  kształtna "obracająca się wyspa". Następstwa eksplozji poraziły tereny w promieniu co najmniej 1.000 km. Ocalałe plemiona rozbiegły się we wszystkie strony świata, byle jak najdalej od miejsca zagłady, ale i to nie uchroniło ich przed śmiercią. Wszyscy oni wymarli od jakiejś dziwnej choroby, która się przenosiła dziedzicznie. Za to zostawili oni po sobie dokładne opisy tych wydarzeń, na podstawie których pieśniarze - ołonchouci - zaczęli układać piękne i niezwykle tragiczne legendy.
Upłynęło mniej więcej 600 lat i wiele zmieniło się pokoleń koczowników. Zapomniano o losach poprzedników i miejsca te zostały ponownie zasiedlone. I... i wszystko się powtórzyło. Nad ognistym samumem pojawiła się świecąca, ognista kula Njurgun Bootura i znów poleciała za horyzont, gdzie eksplodowała. Po kilkudziesięciu latach w niebo wzleciał kolejny bolid - tym razem nazywał się Kjun Erbije (dosł.: "świecący powietrzny posłaniec" lub "goniec" - przyp. aut.). Potem znowu nastąpił potworny wybuch, także "uczłowieczony" przez legendy. Otrzymał on imię Uot Usumu Tong Duuraj - co można przetłumaczyć jako "wrogi przybysz, którzy przedziurawił ziemię i ukrył się w jej głębinie niszcząc wszystko dookoła ognistym tornadem". Było to wyzwanie do bitwy dwóch antagonistów - Tong Duuraja z Njurgunem Booturem.
Najważniejszym elementem tych legend był wylot z podziemi Tong Duuraja i jego bitwa z Njurgunem Booturem. A to było tak: najpierw z gardzieli wyrwało się w niebo wężopodobne ogniste tornado, na którego szczycie pojawiała się "ogromna kula ognista", która po kilku uderzeniach pioruna wzlatywała wysoko w niebo. Wraz z nią wylatywała jej świta - "rój czerwonych ognistych trąb powietrznych", które wywoływały panikę w całym kraju.

Ale bywały także i zdarzenia, kiedy Tong Duuraj spotykał się z Njurgunem Booturem nad miejscem jego wylotu. Po czymś takim te ziemie pozostawały długo niezamieszkałe!...


Obraz wydarzeń z grubsza wyglądał tak: z "paszczy" mogło wylatywać kilku "ognistych bohaterów" i po przelocie jakiegoś dystansu eksplodowało nad jednym miejscem. Cos takiego zdarzyło się przy wylocie Tong Duuraja. Badania warstw gleb na tym terenie wskazują na to, że wybuchy te następują co każde 600-700 lat. Legendy te jaskrawo odzwierciedlają te wydarzenia, ale brak pisma nie pozwolił na zarejestrowanie i udokumentowanie ich. Jednakże ten problem został zlikwidowany dzięki zapisom historycznym prowadzonym przez inne narody Azji.

Wiał wiatr o takiej sile, że przeciwko niemu nie mogła lecieć strzała wypuszczona z łuku.

Fakt ten był błogosławionym dla ruskich wojsk wielkiego księcia włodzimierskiego Dymitra Dońskiego, które mogły uderzyć na Tatarów i roznieść ich na puch w walnej bitwie.

Jeszcze bardziej dokładnie opisują ten wybuch legendy Tunguzów. Sądząc po opisach w nich zawartych można przypuścić, że jest to jeszcze coś wiele razy gorszego od współczesnej broni jądrowej i termojądrowej.

Jeżeli wziąć za punkt odniesienia rok 1380 i zagłębić się w przeszłość, to można odnotować takie momenty. I tak np. w roku 830 została zniszczona indiańska kultura Majów (autorowi chodzi o upadek tzw. Starego Imperium w IX w n.e. - uwaga tłum.) zasiedlających półwysep Jukatan w Meksyku. Wiele ich miast zostało zniszczonych jakby jednoczesnym, potężnym uderzeniem. Z jakuckimi legendami są zgodne niektóre podania biblijne: podanie o Siedmiu Plagach Egipskich czy zagłada Sodomy i Gomory. W jednej z dzisiejszych oaz na Pustyni Arabskiej zostało przed wiekami zniszczone i kompletnie spopielone starodawne miasto. Według legend, stało się to po eksplozji ognistej kuli, która naraz pojawiła się na niebie. W indyjskim miasteczku Mohendżo-daro archeolodzy odkryli zburzone miasto. Ślady katastrofy (stopiona kamienna ściwskazują na wybuch, porównywalny z eksplozją głowicy nuklearnej.


Podobne wydarzenia opisano w chińskich kronikach z XIV wieku, w których znajdują się wzmianki o tym, że daleko na północy (Chińczycy nazywają te strony "Krainą Diabła" - przyp. tłum.) nad horyzontem pojawiła się i zakryła widnokrąg ogromna czarna chmura, z której leciały duże kamienne bryły. Kamienie z nieba sypały się także na Skandynawię i Niemcy, gdzie zapaliło się kilka miast. Uczeni stwierdzili, że były to zwyczajne kamienie i doszli do wniosku, że gdzieś nastąpiła erupcja wulkaniczna.

Być może, że przyczyną tych nieszczęść był Tong Duuraj wylatujący z "gardzieli" w ciągu wielu wieków? Jeżeli Njurgyn Bootur swym pojawieniem się zapalał pół nieba, to Tong Duuraj znacznie przewyższał go swymi rozmiarami i - odlatując w górę - literalnie znikał z widoku. Zaznaczmy jeszcze, iż w Dolinie Śmierci odnotowuje się podwyższone promieniowanie tła Ziemi, którego to zjawiska specjaliści nie są w stanie wytłumaczyć.





Tłumaczenie raportu z języka rosyjskiego oraz przypisy: Robert Leśniakiewicz
Tekst zapożyczony ze strony www.ufoinfo.pl

sobota, 7 grudnia 2019

Warszawa schodzi na psy , a Wietnamczyk dostał kota ....

BĘDĄ ROBIĆ GULASZ Z PSIEGO MIĘSA


W kwietniu w Warszawie ma ruszyć pierwszy lokal, w którym będzie można zjeść psinę, czyli psie mięso. Lokal chce otworzyć urodzony w Polsce Wietnamczyk, który o swoich planach informuje na portalu MY21.pl. Na pomysł otwarcia lokalu z psim mięsem wpadł, kiedy dowiedział się, że w Celestynowie, będącym w powiecie otwockim, zamykane jest schronisko dla zwierząt. – „Co zrobić z 600 psami? To było jak uderzenie w głowę. Przypomniały mi się sceny z wakacji, kiedy w lesie nieraz uciekaliśmy przed watahą zdziczałych, bezdomnych psów. Jest problem. Spotkałem się z dwoma kolegami, obgadaliśmy pomysł, kupiliśmy mieszkanie w apartamentowcu, wyposażyliśmy je, a teraz zamawiamy dostawy produktów. Na dodatek jeszcze ta sprawa z innego miasta, gdzie rada wydała zgodę na uśmiercenie chyba blisko 400 psiaków. Pomyślałem sobie, że gdyby były ubojnie…”– opowiada pomysłodawca upiornego przedsięwzięcia Jakub Pham na stronie MY21.pl.



Jakub Pham twierdzi także, że polskie prawo zakazuje znęcania się nad psami, ale nie zakazuje zabijania ich w celach konsumpcyjnych. Dziennikarz portalu MY21.pl zapytał go, czy miał kiedyś psa... nie na talerzu. – „Miałem i mam. Teraz nawet dwa. Kundelki. Wziąłem je ze schroniska. Na obiad. Czasem tak robimy. I polubiłem je. Zamiast do garnka trafiły do wspólnego kojca –” opowiada Wietnamczyk.

A co, jeśli Wietnamczyk ma akurat ochotę na ulubiony gulasz z mięsa psa, czy przychodzi mu do głowy pomysł, by je zjeść? – Nie – odpowiada. – „W zamrażalce mam pisnę. Nie znaczy to, że jemy psinę na okrągło. Nie. Tak samo jak w polskich domach nikt na okrągło nie jej schabowych, czy zrazów. Po prostu jest w domu i czeka na swoją kolei. ”Jakub Pham zdradził także, że w jego lokalu będzie można zjeść wszystkie inne przysmaki Azji. Poza pisną, będzie także kocina. – „W Wietnamie dania z kotów są bardzo popularne ”– dodaje Jakub.

Na wieść o tym, że w Polsce ma powstać lokal z psiną, miłośnicy zwierząt biją na alarm. „Nie można dopuścić, aby ten barbarzyński zwyczaj zagościł w Polsce. Wszystkie fundacje chroniące zwierzęta zrobią wszystko, aby zamknąć lokal, a nawet nie dopuścić do jego otwarcia” – czytamy na stronie internetowej fundacji ViVA Puławy.

(..  pies przyjacielem człowieka  - jak to brzmi dumnie, aż można go schrupać... zdałoby się powiedzieć ale jak widać ten powyższy artykuł opublikowany na stronie Faktów temu zaprzecza. Osobiście nie posiadam psa ani kota choć lubię te zwierzaki oczywiście nie w kulinarnym odczuciu i uważam to moje zdanie ,że ich miejsce nie pełni swego obowiązku na talerzu . Pewnie inni zaraz przytoczą swoje zdanie w sensie odczucia co do innych zwierząt jakimi są: świnia, krowa, owca i wiele innych , które się zabija i są podawane na naszych stołach , a też nie powinno się tego robić z racji powyższego tematu pewnie.    - Więc zachodzi kolokwialne pytanie czy warto mieszać i do jakiego stopnia zapędy kulturowe w celu wymieszania ich ??  Czy ma to sens ...  bo równie dobrze w tym odosobnionym przypadku mogą się dopominać o swoje racje ludożercy , a co ..???